Zamknij

Słodko-gorzki smak awansu. Szczęsny zatrzymał Messiego, Polacy nie zatrzymali Argentyny

01.12.2022 09:00

Cztery strzały na bramkę przy 23 uderzeniach Argentyny, brak ofensywy, najbrzydszy możliwy styl i największa eksplozja radości. W ostatni dzień listopada reprezentacja Polski po 36 latach awansowała do fazy pucharowej piłkarskich mistrzostw świata. Summa summarum nie liczy się gra, ale końcowy rezultat, który zapisze się w historii. Poniżej znajdziecie analizę spotkania biało-czerwonych z Albicelestes.

Cash, Szczęsny i Bielik
fot. JUAN MABROMATA/AFP/East News

- O stylu rozmawiają przegrani. Ktoś przegra i mówi, że "graliśmy ładnie, mieliśmy dwa zamieszania, trzy boczne siatki". To jednak nikogo nie interesuje, bo historię piszą zwycięzcy. I my chcemy pisać historię, swoją historię, ale czynami, a nie słowami - mówił na dzień przed meczem z Arabią Saudyjską Czesław Michniewicz. I trudno zarzucić selekcjonerowi, że nie zamienia słów w czyny, bowiem jego filozofią gry nie jest efektowność a efektywność.

O powadze tego meczu świadczyło zachowanie Kamila Glika. Niewiele po pierwszym gwizdku nasz obrońca ruszył z pretensjami do Otamendiego, który ostro potraktował Bartosza Bereszyńskiego. Wice-kapitan zespołu nie daje sobie w kaszę dmuchać nawet z takim rywalem jak reprezentacja Argentyny. Wiadomo było, że to drużyna z Ameryki Południowej będzie stroną atakującą i to ona będzie dyktować tempo gry. Jednak Polacy od samego początku ruszyli na zawodników Lionela Scaloniego agresywnie, stając wysoko w obronie. Do tego Robert Lewandowski po raz pierwszy na tych mistrzostwach mógł liczyć na wsparcie w centralnej części boiska w postaci Karola Świderskiego, którego sam 34-latek zagrzewał do boju, oklaskując jego próby wyłuskania piłki spod nóg rywali.

Król Wojciech I, czyli nasz Minister Obrony Narodowej

Wojciech Szczęsny, który na mundialu w Katarze gra swój turniej życia, nie musiał specjalnie długo czekać, aż jego refleks między słupkami sprawdzi Lionel Messi. Dwa strzały piłkarza PSG pokazały, że z kim jak kim, ale na pokonanie golkipera Juventusu Turyn trzeba się mocno postarać albo nawet i wspiąć się na wyżyny swoich możliwości. W pierwszej połowie Szczęsny mógł liczyć na całą defensywę, która nie zostawiała Argentyńczykom żadnego wolnego miejsca na linii obrony i przed samym polem karnym. Występujący po bokach obrony Matty Cash i Bartosz Bereszyński ciężko pracowali, ale ich robota owocowała, dzięki czemu Albicelestes byli odcięci od naszej bramki. W międzyczasie Biało-Błękitni rozgrywali piłkę z lewej do prawej strony, niewiele wnosząc do gry. Na słowa uznania w defensywie w pierwszej części meczu zasługuje także Grzegorz Krychowiak, który na krok nie odstępował Messiemu, nie dając mu chwili oddechu. Gdyby się uprzeć, można by rzec, że "Krycha" pilnował 35-latka do samej szatni, tak na wszelki wypadek.

Po Messim w kolejce na pokonanie Szczęsnego ustawił się Angel di Maria. Klubowy kolega Wojtka z Juventusu próbował zaskoczyć go, wkręcając piłkę do siatki z rzutu rożnego. Polak w porę zorientował się, co się święci i wybił futbolówkę na kolejny korner. Jednocześnie uśmiechnął się w stronę Argentyńczyka, unosząc kciuk w górę z uznaniem za pomysł. Szczęsny pokazał już, że i w środowym meczu reprezentacja Polski może na niego liczyć. Korzystając z okazji po chwili mógł odwdzięczyć się di Marii za niecny plan i w podbramkowej sytuacji... zwodem zmylił rywala.

37. minuta zapisała się w tym spotkaniu jako absolutne kuriozum. Wszystko zaczęło się od wyjścia Szczęsnego do dośrodkowania w pole karne. 32-latek nie sięgnął piłki ręką, która natknęła się na twarz... Lionela Messiego, który starał się uderzać głową. Kapitan Argentyny padł jak rażony prądem. Wydawało się, że akcja rozejdzie się po kościach, ale nieoczekiwanie zdarzenie było jeszcze sprawdzane przez VAR. Arbiter Danny Makkelie został zmuszony podejść do monitora, aby osobiście przyjrzeć się akcji, uznając, że Messi faktycznie był faulowany. Holender natychmiast wskazał na jedenasty metr.

Wojciech Szczęsny, jak i cała Polska chyba dotąd nie dowierza, że z takiej sytuacji w ogóle podyktowano rzut karny. Bo co on niby miał z tą ręką zrobić? Zniknąć? Messi sam chciał wymierzyć sprawiedliwość, ale jej stało się zadość, dzięki Królowi Wojciechowi I, który w fenomenalnym stylu obronił półgórną piłkę, broniąc tym swoją drugą jedenastkę na tym samym mundialu. Dzięki temu Szczęsny wyrównał rekord Jana Tomaszewskiego, który na MŚ w 1974 może pochwalić się tym samym osiągnięciem. Mimo wszystko Wojtek był najjaśniejszą postacią tego meczu w polskiej drużynie, ale w takim stylu grać się najzwyczajniej nie dało i po zmianie stron biało-czerwoni musieli Argentyńczyków czymś zaskoczyć.

Obrona przeciw Argentynie to jedno, ale nasz problem z przetrzymaniem piłki choćby na minutę czy dwie było kompletnym "mission impossible". W ciągu meczu wymieniliśmy jedynie 325 podań, gdzie zespół Albicelestes miał ich prawie 3 razy więcej, bo dokładnie 893. Jednak w naszej popularnej "ladze" pozostaliśmy niedoścignięci, bo posłaliśmy aż 65 długich piłek przy 34 u naszych rywali. Jednak o dziwo najwięcej podań nie wymienił nasz bramkarz, który miał ich łącznie 29. Najczęściej podającym z naszych kadrowiczów był Jakub Kiwior (47), a niewiele mniej miał ich Kamil Glik (34), czy Krystian Bielik (30). Jednak jak popatrzymy na naszych ofensywnych graczy, to Przemysław Frankowski miał ich zaledwie 11, Robert Lewandowski 18.

Chociaż to my mieliśmy sprawić Albicelestes niespodziankę, tak naprawdę sami zostaliśmy zaskoczeni. Albo inaczej - nawet nie zdążyliśmy wyjść z szatni, kiedy Argentyńczycy otrzymali od nas wczesnogwiazdkowy prezent świąteczny. Nie wiem co myśleli sobie nasi obrońcy, ale na lewej flance zostawili tak dużo miejsca, że po dośrodkowaniu Nahuela Moliny piłkę do siatki wpakował Alexis Mac Allister, który zakończył znakomitą serię Szczęsnego. Jednak zanim padł gol Czesław Michniewicz postanowił zdjąć z murawy Karola Świderskiego i Przemysława Frankowskiego, dając szansę Michałowi Skórasiowi oraz Jakubowi Kamińskiemu. Jak sam później tłumaczył to selekcjoner chciała dać "więcej szybkości na skrzydłach, aby mieć więcej zawodników, którym można podać piłkę po przejęciu".

Nawet mimo naszej harówki w obronie, wystarczyło, że Argentyńczycy przeprowadzili szybką dwójkową akcję, po której wnet znajdowali drogę pod nasze pole karne. Kiedy wreszcie jakimś cudem udało nam się zabrać im futbolówkę, chyba nawet podopieczni Lionela Scaloniego byli zdziwieni, że sami za każdym razem byli w stanie ustawić się w obronie, zanim nasz zespół wyprowadziłby atak.

Brak stylu, brak ataku

Kadra Argentyny często zmieniała kierunek ofensywy, angażując często bocznych pomocników. Nie mieli żadnych problemów z wyjściem spod pressingu biało-czerwonych, mając przewagę m.in. w umiejętnościach indywidualnych. Z początku mogłoby się wydawać, że Albicelestes grają ospale, ale oni tylko specjalnie nie forsowali tempa, usypiając czujność, by w odpowiednim momencie przeprowadzić szarżę w szesnastkę. Nie pomogła także zmiana Damiana Szymańskiego, który zastąpił Krystiana Bielika. Niestety, w 67. minucie padł drugi cios, kiedy Julian Alvarez mocnym strzałem w górny róg pokonał Szczęsnego. W tym momencie przegrywaliśmy 0:2, ale z oddalonego o 16 km od stadionu 974 obiektem Lusail Stadium Meksyk prowadził 2:0 z Arabią Saudyjską. To oznaczało, że w tamtej chwili o kolejności w grupie C decydowała klasyfikacja fair play i liczba zdobytych żółtych kartek. W tym aspekcie mieliśmy przewagę nad El Tri, ale szybko o tym elemencie przypomniał nam Grzegorz Krychowiak, który w 78. minucie zebrał kolejny kartonik na konto naszej kadry. Michniewicz nie zamierzał czekać aż pomocnik wywinie identyczny numer, jak w czasie Euro 2020 w meczu ze Słowacją, gdzie osłabił nasz zespół po drugiej żółtej kartce i w jego miejsce wpuścił na boisko Krzysztofa Piątka.

Patrząc na ataki Argentyńczyków, najbardziej upodobali sobie prawą stronę, z której przeprowadzili 42 proc. swoich wszystkich akcji. Lewa strona była angażowana tylko w 28 proc. ofensywnej gry, a środek niewiele, bo jedynie o 2 proc. więcej.

Kilka chwil przed tą zmianą uraz zgłosił Bartosz Bereszyński, który zasygnalizował selekcjonerowi, że kontuzja, z którą grał z zaciśniętymi zębami w dwóch ostatnich spotkaniach nasiliła się i zwyczajnie nie da rady. Trener postawił na kolejnego "kartkowego asa" Artura Jędrzejczyka, który na szczęście chyba miał zbyt mało minut, aby zaznaczyć w ten sposób swoją obecność na murawie.

Patrząc ogólnie na mecz z Argentyną bardzo cierpieliśmy w tym starciu. Na szczęście mieliśmy w bramce Wojtka Szczęsnego, a i Lionel Messi grał bez nastawionego celownika. Niemniej jednak Argentyńczycy przykrywali nas na każdym polu - szybkości podejmowania decyzji, techniki użytkowej, ale nam nie brakowało jednego - serca do walki. Ktoś powie, że w tym meczu nie mieliśmy żadnego stylu. No ok, nie mieliśmy, bo nie mamy go od początku mistrzostw świata w Katarze. Aczkolwiek właśnie taką grą od pierwszej minuty mundialu polscy piłkarze wyszarpali upragniony awans. Podsumowując naszą całą fazę grupową można napisać krótko "bez stylu, ale zgodnie z planem". Argentyna też miała swoje sytuacje i gdyby zwyciężyli nawet 6:0, to i tak nie byłoby, o czym dyskutować.

Najważniejsze, że reprezentacja Polski po raz pierwszy od 36 lat zagra w 1/8 finału MŚ. Dla mnie osobiście to i tak super doświadczenie, że po raz pierwszy za mojego życia zobaczę polską kadrę w fazie pucharowej globalnego czempionatu. A to, że naszym przeciwnikiem w grze o ćwierćfinał będą obrońcy tytułu Francuzi, to co? Jak powiedział Robert Lewandowski "dopóki piłka w grze, trzeba próbować".

RadioZET.pl