Zamknij
Dawid i Marta Kubaccy
Dawid i Marta Kubaccy pod skocznią w Planicy w marcu 2018 r.
fot: Instagram/_marta_ku_
ŻONA SKOCZKA BEZ TAJEMNIC

"Po urodzeniu byłam zdana na siebie". Marta Kubacka w szczerej rozmowie

Marek Garus
Marek Garus Redaktor Radia Zet
18.11.2021 16:48
18.11.2021 16:48

Marta Kubacka, żona Dawida Kubackiego - polskiego indywidualnego mistrza świata z Seefeld z 2019 roku, wyjawiła w szczerej rozmowie, że jest największą fanką pracy swojego męża, ale bywają momenty, w których jest jej z tego powodu ciężko. - Zuzia urodziła się w środku sezonu Dawida, więc byłam pozostawiona z dzieckiem sama. Jako młoda mama miałam też wiele wątpliwości i obaw czy aby na pewno sobie z tym wszystkim poradzę, więc gdy Dawida nie było w domu, zawsze chciałam, by był ze mną ktoś inny - wyznała.

Marta Kubacka pochodzi ze Śląska, z Katowic, ale dziś mieszka wraz z małżonkiem w Zakopanem. Jej panieńskie nazwisko to Majcher. Przez 16 lat trenowała szermierkę, reprezentując barwy m.in. Pałacu Katowice. Karierę sportową musiała jednak przerwać z powodu kontuzji. W 2018 roku z tytułem magistra ukończyła Akademię Wychowania Fizycznego im. Jerzego Kukuczki w Katowicach. Tam też poznała swojego przyszłego męża, Dawida Kubackiego. 1 maja 2019 roku para powiedziała sobie "tak" i oficjalnie stała się małżeństwem.

Żona słynnego polskiego skoczka narciarskiego w większości przypadków stroni od medialnego szumu i stara się unikać wszelkich wywiadów. Jest osobą skromną i wyważoną, choć w rozmowie z nią bije od niej stanowczość i pewność siebie. Na rozmowę z nami zgodziła się – trochę zaskakująco – niemal od razu, choć, jak sama przyznała, jest to dopiero jej drugi raz, gdy szerzej otwiera się dla mediów.

Marek Garus: Gdy zadzwoniłem do pani i zapytałem się, czy będziemy mogli porozmawiać m.in. o przedsezonowej formie Dawida, odpowiedziała pani, że nie wie, w jakiej obecnie się znajduje, bo nie chodzi na jego treningi.

Marta Kubacka: Nie mam w ogóle w zwyczaju chodzić na treningi Dawida, ponieważ skoki narciarskie to jego praca i on ma się wtedy skupić na treningu, a nie na tym, że ktoś dookoła niego chodzi i zawraca mu głowę. Jeżeli Dawid ma zgrupowanie w Zakopanem, to wraca po treningu na noc do domu, jeśli jednak ma je gdzieś poza naszym miastem, to zostaje tam na noc, a do domu przyjeżdża dopiero po zakończeniu obozu.

Czyli często nie ma go w domu. A co z obowiązkami, wychowywaniem dziecka? Teraz chyba jest na miejscu, bo jeszcze w ubiegłym tygodniu był Gościem Radia ZET.

Dawid pomaga w wychowaniu Zuzi na tyle, na ile może, bo doskonale wiemy, że z powodu treningów przez większość czasu nie ma go jednak w domu – szczególnie będzie tak teraz, gdy zacznie się sezon zimowy. Dawid ma zgrupowania praktycznie co tydzień. Wychodzi to tak, że tydzień jest w domu, a tydzień gdzieś na obozie, a nawet jak jest w domu, to ma jeszcze codziennie treningi... To zrozumiałe, że nie może być przy mnie i Zuzi cały czas. Wiadomo, że gdy jest coś do zrobienia przy domu, to automatycznie te rzeczy spadają na jego głowę, bo siłą rzeczy ja tych prac nie jestem w stanie wykonać, tym bardziej z dzieckiem na rękach, dlatego staramy się dzielić naszymi obowiązkami. Obecnie jest w domu, przygotowuje się do startu zimowego sezonu i m.in. dlatego udało mu się znaleźć czas na wywiad dla waszej anteny.

Marta i Dawid Kubaccy w drodze na wesele (maj 2019 r.)
fot. Instagram/_marta_ku_

W kolorowych mediach uchodzą Państwo za skryte małżeństwo, które raczej niechętnie wyjawia szczegóły ze swojego życia prywatnego. Z czego to wynika?

Osobiście nie lubię szumu medialnego wokół siebie. Mam jakiś kontakt z innymi ludźmi poprzez mojego Instagrama, ale to też nie jest tak, że ja tego Instagrama prowadzę dla nich, ale głównie dla siebie. Nie patrzę na to, ile mam obserwatorów czy polubień. Mi wywiady i wystąpienia w telewizji nie są po prostu do niczego potrzebne. Wychodząc za Dawida nie wychodziłam za Dawida Kubackiego jako sławnego skoczka, tylko za Dawida Kubackiego, którego kocham. Nigdy nie czułam czegoś w rodzaju: „o, super, Dawid to sławna osoba, może uda mi się wybić na jego nazwisku” - nie. Dawid intrygował mnie jako osoba prywatna i od zawsze skupiałam się wyłącznie na tym.

Jak sama pani przyznała, udzieliła pani dotychczas tylko jednego wywiadu szerszej publiczności. Wyznała w nim m.in., że poznała się z Dawidem w Akademii Wychowania Fizycznego w Katowicach i od razu coś „zaiskrzyło”. Czy już wówczas interesowała się pani skokami narciarskimi, czy zaczęła kibicować polskim skoczkom dopiero po tym, jak poznała swojego przyszłego męża?

Z Dawidem poznałam się dopiero na uczelni, a już za dziecka bardzo interesowałam się skokami. Zanim jeszcze spotkałam Dawida, zawsze starałam się być na wszystkich konkursach w Zakopanem, zbierałam od skoczków autografy, a w domu miałam liczne notesy i kalendarze, w których zapisywałam sobie wszystkich skoczków od A do Z, każdy ich numer startowy, a potem także noty i uzyskane przez nich odległości. Byłam bardzo zafiksowana na punkcie skoków. To, że los postawił Dawida na mojej drodze uważam za coś niewiarygodnego, chociaż nie było tak, że byłam jego dziką fanką i jak tylko go zobaczyłam, powiedziałam sobie „wow, muszę za wszelką cenę sprawić, by został moim mężem”. Uważam, że był to po prostu wyjątkowy dla mnie zbieg okoliczności.

Wspominała pani także, że przez 16 lat uprawiała szermierkę, ale karierę przerwał pani uraz. Skąd w ogóle pomysł na szermierkę? Nie jest to w końcu popularny sport.

Przygodę z szermierką zaczęłam w wieku 10 lat. Byłam dzieckiem, które po prostu nie potrafiło usiedzieć w miejscu i wszyscy w rodzinie błagali mnie, żebym zapisała się na jakieś zajęcia sportowe, bo przecież rozniosę im mieszkania (śmiech). Wpierw zdecydowałam więc, że zapiszę się na gimnastykę, jednak trenerka, do której poszłam, gdy mieszkałam jeszcze w Katowicach, powiedziała mi, że jestem już za stara, by uczyć się wszystkiego od nowa... Poleciła mi jednak sekcję szermierki, która znajdowała się w tym samym budynku, ale piętro wyżej. Wtedy nie miałam jeszcze zielonego pojęcia, czym jest ta dyscyplina ale pani, która rekrutowała tam młode zawodniczki, powiedziała mi, że jestem szczupła, wysoka i że mam bardzo dobre predyspozycje do tego sportu, więc postanowiłam dać mu szansę. Przyszłam na jeden, drugi, trzeci trening, no i tak w sumie zostałam na 16 lat (śmiech).

Udało się osiągnąć pani jakieś sukcesy w szermierce?

Jako starsza zawodniczka startowałam w mistrzostwach Śląska, potem w mistrzostwach Polski, później trafiłam do kadry makroregionu, do kadry Śląska i w końcu do kadry Polski. Jako reprezentantka naszego kraju jeździłam na różne Puchary Świata, także na mistrzostwa Europy – nie powiem, żebym odnosiła tam jakieś większe sukcesy, jednak traktowałam ten sport poważnie. Niestety szermierka jest bardzo kontuzyjną dyscypliną i taki los spotkał też mnie. 

Jakiego rodzaju kontuzja przerwała pani karierę?

Nie miałam może na tyle poważnego urazu, który z automatu przekreśliłby moją karierę, ale zaczęły pojawiać się u mnie bóle pleców, które nasiliły się w końcu do tego stopnia, że mięśnie zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa. Szczerze mówiąc to wszystko potoczyło się u mnie tak, że sama byłam już sfrustrowana chociażby tym, że ze względu na plecy nie mogę brać udziału nawet w treningach, więc stwierdziłam, że może to jest właśnie dobry moment, by zakończyć karierę i rozpocząć nowy etap w swoim życiu. Tym bardziej, że zaczęliśmy z Dawidem myśleć bardziej na poważnie o naszym związku. Wiadomo, że ciężko byłoby, żeby Dawid przeprowadził się do mnie na Śląsk, więc po zakończeniu mojego licencjatu zamieszkaliśmy razem w Zakopanem.

Wychodząc za Dawida nie wychodziłam za Dawida Kubackiego jako sławnego skoczka, tylko za Dawida Kubackiego, którego kocham

W pani mediach społecznościowych można znaleźć, że pracowała pani m.in. w kilku pomniejszych firmach oraz że pomagała Ewie Bilan-Stoch w jej sklepie z odzieżą i gadżetami Kamila Stocha. Za granicą czy nawet już w Polsce utarły się wzorce żon słynnych sportowców, które kąpią się przede wszystkim w blasku swoich partnerów. U pani jest jednak zupełnie inaczej, nie boi się pani podejmować różnych, można by nawet powiedzieć w pani przypadku, przyziemnych prac i buduje markę nie wokół „żony Kubackiego”, ale właśnie Marty Kubackiej. Mogłaby pani powiedzieć, skąd taka postawa?

Przede wszystkim jestem osobą, która nie umiałaby wysiedzieć bezczynnie w domu, żyjąc tylko z tego, co zarobi na nią mąż. Już jako nastolatka zaczęłam pracę w kinie, potem pracowałam jako sprzedawczyni w sieci sklepów odzieżowych, gdzie awansowałam na kierowniczkę departamentu, a potem zatrudniłam się u Ewy Bilan-Stoch w „Kamilandzie”, gdzie prowadzę sklep internetowy. Obecnie przebywam na zwolnieniu macierzyńskim, ale myślę, że nasza współpraca będzie kontynuowana, bo podobno wszyscy mówią tam, że za mną tęsknią (śmiech)

Nawet teraz, na urlopie, pracuje pani w firmie sprzedającej roboty kuchenne. Jak to godzić chociażby z wychowywaniem córeczki?

Ta praca tak naprawdę z niczym mi nie koliduje, mogę ją ustalać pod siebie i mimo że siedzę obecnie w domu z dzieckiem, to jestem w stanie spokojnie wygospodarować te kilka godzin, wyjść i coś załatwić. To dla mnie fajna alternatywa dla ciągłego siedzenia w domu. To nie jest nic zobowiązującego. Jeżeli nie pójdzie mi albo stwierdzę, że nie daję rady, albo znudzi mi się, to po prostu z tej pracy zrezygnuję

Nie kusi panią, by jednak skorzystać z nazwiska swojego męża i otworzyć np. własną firmę odzieżową?

Wiadomo, że każdy chciałby mieć własną firmę, własną markę, ale do tego też trzeba mieć pomysł. Uważam, że nic na siłę i nie ma co kopiować od innych marek odzieżowych czy kosmetyków ich produktów tylko po to, żeby zarobić na nazwisku swojego sławnego męża. Nasza droga w tym kierunku jest jednak oczywiście cały czas otwarta, ale nawet jeśli chciałabym zrobić coś własnego, to wszystko konsultowałabym z Dawidem, bo byłaby to tak samo jego firma.

Nie sposób nie zauważyć, że łączy panią z Ewą Bilan-Stoch jakaś szczególna więź. Jaka to jest relacja?

Z Ewą poznałam się kiedyś przez Dawida i przyjaźnie się z nią do tej pory, przynajmniej ja, nie wiem czy ona ze mną (śmiech). A mówiąc poważnie, to nawet przed naszą współpracą w „Kamilandzie” utrzymywałyśmy kontakt - nawet, gdy mieszkałam jeszcze w Katowicach. Teraz również, mimo tego, że jestem na urlopie macierzyńskim, mamy ze sobą bieżący kontakt.

Od lewej: Dawid i Marta Kubaccy, Ewa Bilan-Stoch i Kamil Stoch bawią się na weselu Grzegorza i Magdy Miętusów
fot. Instagram/_marta_ku_

Czyli bliska przyjaźń. Czy oprócz Ewy Bilan-Stoch utrzymuje pani kontakty z innymi żonami bądź partnerkami naszych skoczków? 

Przede wszystkim trzymam się z Ewą. Każda z nas jest rozrzucona po Polsce, część z nas mieszka na Śląsku, część na Podhalu, więc nie zawsze jest łatwo spotkać się w większym gronie. Jeśli jednak pojawia się taka okazja i znajdujemy się mniej więcej w tym samym miejscu, to oczywiście staramy się spędzić ze sobą czas i chociażby wspólnie obejrzeć jakieś zawody w telewizji.

Tylko w telewizji? Jak często ogląda pani skoki męża na żywo?

Na zawody Dawida jeżdżę głównie, gdy są tutaj, w Polsce, w Zakopanem i w Wiśle. Zawsze jeszcze jestem w Planicy na koniec sezonu – to są takie moje stałe punkty. Jednak głównie oglądam konkursy w telewizji, ale jak tylko nadarza się okazja, spotykamy się z Ewą i trzymamy kciuki za chłopaków wspólnie.

Państwa córeczka, Zuzanna, 29 grudnia skończy pierwszy roczek. Wciąż jest pani zatem młodą doświadczeniem Mamą. Mogłaby pani opowiedzieć, jak zmieniło się pani życie dzięki Zuzi w ostatnim roku?

Gdy na świecie pojawia się dziecko, to życie zawsze wywraca się do góry nogami. Tak też było w naszym przypadku. Na szczęście my z Dawidem planowaliśmy powiększyć rodzinę, więc przyjście na świat Zuzi nie było dla nas zaskoczeniem. Poza tym Zuzia jest wspaniałym, bezproblemowym dzieckiem. Tak jak niektóre kobiety zmagają się z wieloma nieprzespanymi nocami, bo ich dziecko np. budzi się z płaczem, tak dla nas Zuza jest niezwykle wyrozumiała.

A jak wygląda to, jeśli chodzi o pani wolny czas? Powiedziała pani, że Dawid pomaga przy wychowywaniu dziecka, ale wiadomo, że nie ma go często w domu. Czy jest zatem ktoś jeszcze, kto panią wspiera?

Osobiście wychodzę z założenia, że jak już muszę coś zrobić, to próbuję to zrobić z dzieckiem. Jeśli więc muszę coś szybko załatwić, czy iść do sklepu, to po prostu biorę Zuzię ze sobą. Oczywiście, jeśli nadarza się sytuacja, w której teściowa może zostać z Zuzią, to chętnie z tego korzystam, jednak w większości przypadków staram się poradzić sobie sama. Mama to jest praca na cały etat. Nawet jeśli noworodek bardzo dużo śpi w ciągu dnia, a nasza Zuzia jest przy tym wyjątkowo grzeczna, to zawsze jest coś wtedy innego do ogarnięcia w domu, czy coś ugotować, czy posprzątać, czy zrobić zakupy. Zawsze trzeba mieć dziecko na uwadze. U mnie nie ma czegoś takiego, że pomyślę sobie: „a, dzisiaj Zuzia jest wyjątkowo grzeczna, to może oddam ją teściowej”, a sama wyskoczę sobie z koleżanką na kawę – nie. Mam po prostu świadomość tego, że jest to moje dziecko i powinnam poświęcać mu w związku z tym sto procent swojego czasu. Oczywiście, jak jest Dawid w domu, to zdarza mi się zostawić Zuzię jemu, a samemu gdzieś wyjść, ale to też nie jest tak, że znikam z domu na pół dnia. Zawsze są to maksymalnie trzy-cztery godziny.

Przede wszystkim jestem osobą, która nie umiałaby wysiedzieć bezczynnie w domu, żyjąc tylko z tego, co zarobi na nią mąż

Musi być to dla pani bardzo męczące...

Wiadomo, że czasem jestem zmęczona. Chciałabym wyjść do ludzi, bo to uwielbiam, ale dziecko jest zawsze u mnie na pierwszym miejscu i to jemu poświęcam sto procent swojego czasu. Szczególnie, gdy teraz jest taki okres, że wszystko się zmienia, każdego dnia Zuzia uczy się czegoś nowego i robi rzeczy, których jeszcze wczoraj nie robiła. To dla mnie niesamowite, że mogę przy tym wszystkim być i w stu procentach w tym uczestniczyć. Wystarczy spojrzeć na Dawida, który czasem wyjedzie na tydzień, wraca i nagle Zuzia umie robić rzeczy, których jeszcze przed jego wyjazdem nie robiła.

Polacy lubią nazywać skoczków, żony, ich dzieci, a także samych siebie wielką, wspólną rodziną skoków narciarskich (z ang. ski jumping family). Wiem, że Kamil Stoch i jego żona Ewa nie mają dziecka, ale czy spotykacie się na wspólne spacery z pociechami np. z Maciejem i Agnieszką Kotami?

Nie udało nam się jeszcze spotkać z Agnieszką, Maćkiem i ich Filipem, ale na pewno w końcu się to wydarzy. Czy będziemy na skoczni, czy spotkamy się u kogoś w domu, to ja zapewne wezmę Zuzię, Agnieszka Filipa, więc takie spotkanie na pewno w końcu dojdzie do skutku.

Sporo mówimy o skokach narciarskich mężczyzn. Jak sama pani przyznała, była pani na ich punkcie zafiksowana. A może są jeszcze jakieś sporty, które pani śledzi?

Prócz skoków wciąż oglądam szermierkę, wiadomo, że nie jest ona zbyt często transmitowana w telewizji, ale gdy tylko są jakieś większe imprezy, takie jak chociażby ostatnie igrzyska w Tokio, to staram się śledzić poczynania naszych reprezentantów. Bardzo lubię oglądać również siatkówkę, czy to panie czy panów. Piłki nożnej nie jestem największą fanką, ale jeśli jest jakaś większa impreza, to oczywiście zawsze staram się kibicować Polakom.

Na pewno jest pani miłośniczką zwierząt. Przyznaję, że urocze nagrania z Bernim w roli głównej podbiły również i moje serce. Widać też, że został przez panią i Dawida dobrze wychowany.

Wzięliśmy z Dawidem Berniego w styczniu 2020 roku, a więc w momencie, gdy w Polsce szalała największa pandemia. To było dla nas i dla niego o tyle dobre, że w zasadzie od momentu przygarnięcia go, cały czas siedział i spędzał czas z nami. Fajnie, bo mogłam stale mieć go na oku i wychowywać.

Pies Berni i mała Zuzia Kubacka
fot. Instagram/_marta_ku_

Dużo osób ma wątpliwości, co do wspólnego wychowywania psa z dzieckiem. Jak wygląda to u pani?

Zuzia jest teraz na etapie miłości do Berniego. Obecnie pies jest dla niej najlepszym, co może być na świecie. Jak tylko go widzi, udaje szczekanie i zaczyna ciągnąć go za futro, co oczywiście Berniemu nie bardzo się podoba. Teraz jak tylko ją widzi, od razu odwraca głowę i zaczyna zmierzać w odwrotnym kierunku (śmiech). Oczywiście nie ma w jego zachowaniu agresji, rasa Berniego jest bardzo przyjazna dla dzieci i on sam ma do Zuzi dużo cierpliwości.

Sam mam suczkę w bardzo podobnym wieku do Berniego, była moim zbawieniem w okresie ścisłych restrykcji pandemicznych. Jak pani przeżyła ten czas? Miała pani na głowie bowiem nie tylko dziecko, ale i małego psiaka.

W moim przypadku to wszystko zbiegło się w jednym czasie. Psa wzięliśmy w marcu, a Zuzia urodziła się w grudniu, w środku sezonu Dawida, więc byłam pozostawiona z dzieckiem sama. Wiadomo, pomagała rodzina, bo samemu wszystko to ciężko byłoby ogarnąć. Jako młoda mama miałam też wiele wątpliwości i obaw czy aby na pewno sobie z tym wszystkim poradzę, czy będę wiedziała jak zareagować, gdy coś się będzie działo, więc gdy Dawida nie było w domu, zawsze chciałam, by był ze mną ktoś inny. Pandemia pomogła nam o tyle, że rzeczywiście chociaż tego czasu na wychowanie Berniego było więcej, ale myślę, że gdyby jej nie było, to też byśmy dali radę.

Mama to jest praca na cały etat. To moje dziecko i powinnam poświęcać mu w związku z tym sto procent swojego czasu

W ubiegłym sezonie Dawid sięgnął po brąz drużynowo na mistrzostwach świata w Oberstdorfie oraz brąz indywidualnie w Turnieju Czterech Skoczni. W klasyfikacji generalnej Pucharu Świata uplasował się na ósmym miejscu. Czy pani zdaniem mąż ma realne szanse na medal podczas zimowych igrzysk olimpijskich w Pekinie?

Jakbym teraz powiedziała Panu, że to będzie jego sezon, a potem okazałoby się, że jednak nie, no to byłaby to jednak wtopa (śmiech). Na tym etapie to jest to trochę wróżenie z fusów, wiadomo, był sezon letni i można mieć jakiś pogląd na formę danego skoczka, jednak zima to jest zima i wszystko zweryfikuje najbliższy czas. Ja oczywiście całym sercem trzymam kciuki za Dawida i mam nadzieję, że ten sezon będzie jego najlepszym, ale tak jak powiedział u Was sam Dawid, nie ma co sobie dodatkowego balastu nakładać na plecy i się tym przejmować jeszcze przed startem sezonu.

Ale jest zdrowy, nic mu nie dolega?

No, jak przyjdzie po siłowni to siedzi i tylko narzeka, jak to wszystko go boli. Czasami zachowuje się jak 81-letni dziadek, a przecież wbrew pozorom ma tylko 31 lat (śmiech). Na całe szczęście jednak większych dolegliwości nie ma i oby jak najdłużej.

Marek Garus
Marek Garus

Z fachem internetowego redaktora ma do czynienia już od lat najmłodszych. Największy adorator piłki nożnej, szczególnie tej w wersji angielskiej. Obok swojej dziewczyny i mamy, jeden z trzech oficjalnych kibiców Manchesteru City w Polsce. W wolnym czasie łomżinguje ze znajomymi lub oddaje się muzyce. Kolekcjoner płyt CD, wielki fan Marilyna Mansona i Judas Priest. Niespełniony wokalista i miłośnik karaoke. Wciąż czeka na swoją ofertę od Warner Brosa.

Twitter: @GarekMarus

e-mail: marek.garus@radiozet.pl