Zamknij
Jakub Kot na Letnim GP w Wiśle w 2017 roku
Jakub Kot na Letnim GP w Wiśle w 2017 roku
fot: MAREK DYBAS/REPORTER/East News
RUSZA PŚ W SKOKACH NARCIARSKICH

Jakub Kot: Moja współpraca z TVP skończyła się ze względów politycznych

Maciej Walasek
Maciej Walasek Redaktor Radia Zet
18.11.2021 11:56
18.11.2021 11:56

Jakub Kot przed startem nowego sezonu Pucharu Świata opowiedział o m.in. problemach Macieja Kota, dyspozycji Kamila Stocha, potencjalnych następcach i współpracy z Eurosportem i TVP. - W Eurosporcie jest trochę inaczej. Jednak nie chcę, żeby zostało to odebrane, jakbym szukał kontrowersji. W Telewizji Polskiej poznałem kapitalnych fachowców: Macieja Kurzajewskiego, czy Maćka Jabłońskiego, z którymi zawsze przybijamy piątkę, kiedy spotykamy się pod skocznią. Jednak w TVP władza ma wpływ na to, co tam się dzieje, do gry wchodzą tematy polityczne –mówi były skoczek i ekspert Eurosportu.

Maciej Walasek, RadioZET.pl: - Jest Pan ekspertem w mediach, trenerem, mężem, ojcem i delegatem technicznym FIS.  Dla Pana doba licząca 24 godziny to zdecydowanie za mało?

Jakub Kot, były skoczek narciarski, ekspert Eurosportu: - Tego czasu jest stanowczo za mało. Wiadomo, że coś kosztem czegoś. Zdaję sobie sprawę, że na obowiązki, które mam, muszę poświęcić też trochę prywatnego czasu. Niby kończę trening o 11, ale trzeba jeszcze zaplanować inne rzeczy, teraz zaczyna się Puchar Świata i studio w Eurosporcie. Na głowie mam zawodników, rodzinę oraz treningi w szkole i w klubie. Z jednej strony jest tego dużo, ale z drugiej cieszę się, że coś się dzieje. Nie muszę siedzieć w domu i zastanawiać się „co by tu zrobić”.

Co z tych sportowych rzeczy sprawia Panu największą przyjemność?

-  Głównie jestem trenerem w szkole mistrzostwa sportowego w Zakopanem, więc jako szkoleniowca cieszą mnie wyniki zawodników. Ta praca sprawia mi przyjemność. Gdzieś tam się człowiek „wkręca” w świat szkolenia młodszych, zdobywa wiedzę. Po drodze dostanie po tyłku, bo skoczkowie myślą, że od razu są mistrzami, dlatego trzeba ich uświadomić, że do tego droga jest daleka. Cieszę się z każdego mojego sukcesu, kiedy moi podopieczni coś zrozumieją i osiągną. Czasem też się zdenerwuje, bo ci zawodnicy są w trakcie okresu dojrzewania. Mają różne towarzystwo, więc moja praca niesie za sobą dużo wyzwań.

Trenowanie dziewczyn jest dużo trudniejsze od zajęć z młodymi chłopakami?

- Nie ukrywam, że nie jest łatwo trafić szczególnie do dojrzewających kobiet w wieku 14-16 lat. To największe wyzwanie. Zdarzają się dni, że sam mam dość. Mimo wszystko nie mogę narzekać, bo cieszy mnie praca trenera i delegata technicznego FIS (Międzynarodowej Federacji Narciarskiej przyp.red.), przez co mogę się rozwijać.

Myśli Pan o tym, aby być trenerem skoczkiń w dłuższej perspektywie?

- Na pewno już poświęcam temu sporo czasu. Każdy kto mnie zna: w domu czy w klubie, wie, że po zakończeniu kariery skoczka, postawiłem sobie taki cel. Przyszedłem do klubu z jasnym i ambitnym przekazem: biorę młode dziewczyny, które chce wyszkolić i dogonić świat. Dzień w dzień ciężko pracuje, zarywam noce myśląc, co można poprawić, co można zrobić lepiej. Na ten moment szkolenie młodych dziewczyn pochłania najwięcej czasu. Pod swoimi skrzydłami mam też kilku chłopaków, ale wiadomo, że dziewczyny są moim „oczkiem w głowie”. Wiemy, że skoki kobiet to stosunkowo młody sport, gdzie w krótkim czasie można zrobić spory postęp. Tego lata moje podopieczne: Pola Bełtowska i Natalia Słowik może nie skakały rewelacyjnie, ale ze względu na małą liczbę zawodniczek, pojechały na zawody do Estonii, Finlandii, Rumunii. W Polsce cały czas zainteresowanie skokami narciarskimi wśród kobiet nie jest takie duże, dlatego łatwiej się przebić. Świat nam odjechał, dlatego trzeba poświęcić jeszcze sporo czasu, żeby być w kontakcie z czołówką.  Mam na myśli czołówkę FIS Cup. Nie mówię o czołówce Pucharu Świata, bo tam na razie aspirują zawodniczki Łukasza Kruczka. Na razie moje zawodniczki mają cel wyjazdów na wspomniany FIS Cup, na który trzeba ciężko pracować.

Kobiety skaczą już dość długo. Panie rywalizowały już na Igrzyskach Olimpijskich w Soczi w 2014 roku, czy trzy lata temu w Pjongczangu, ale u nas w Polsce ten temat dopiero się rozkręca. Co tutaj zostało zaniedbane?

- To bardzo trudny temat. Jeśli prześledzimy historię skoków pań, to wszystko zaczęło się od Mistrzostw Świata w Libercu w 2009 roku. Faktycznie, potem były Igrzyska Olimpijskie w Soczi, a potem w Pjongczangu, ale dopiero po Korei Południowej o skokach kobiet zrobiło się jeszcze głośniej. My chyba nie uwierzyliśmy, że skoki kobiet będą się aż tak rozwijać. W 2009 roku, kiedy jeszcze byłem czynnym zawodnikiem, działacze związkowi uważali, że to strata czasu i pieniędzy. Szkoda, bo wtedy trzeba było zaryzykować, stworzyć grupę i powołać specjalistów, którzy by się tym zajęli i być może teraz nie zadawalibyśmy sobie takich pytań. To samo jest z kombinacją norweską kobiet. Owszem, mężczyźni występują w tej kategorii, ale wiemy, że ze strony pań swoich możliwości próbują już Słowenki, Włoszki, czy Rosjanki. Dziewczyny już zaczynają jeździć na pojedyncze zawody. A my gdzie w tym jesteśmy? Nigdzie. Znów uznajemy, że to się nie rozwinie, a historia się powtórzy. Za parę lat będziemy chcieli dołączyć, ale wówczas będziemy musieli poświęcić czas na gonitwę. Wracając do skoków kobiet, uznaliśmy, że warto się za to wziąć, kiedy cały świat już mocno trenował. Możemy to porównać do pociągu relacji Zakopane – Gdańsk. Pociąg, w którymś momencie ruszył, a my zostaliśmy na peronie. Pociąg cały czas jedzie i nie zatrzyma się na stacji Warszawa Centrum, żeby na nas poczekać. My dopiero jesteśmy w okolicach Rabki-Zdrój i próbujemy nadrobić czas. Plusem jest to, że w skokach kobiet ten poziom jest dużo łatwiej poprawić i dogonić. To da się zrobić, tylko potrzeba cierpliwości, nakładów finansowych i pracy zawodniczek oraz trenerów.

Jakub Kot podczas PŚ w Zakopanem w 2009 roku
fot. ADRIAN GLADECKI/REPORTER/East News

Czy Jakub Kot widziałby siebie w roli trenera reprezentacji Polski kobiet?

- Nie, nie wydaje mi się. Rzeczywiście, po to się trenuje, aby jako szkoleniowiec iść jak najwyżej. Fajnie, jakby moją pracę zauważyli trenerzy z innych grup i powiedzieli „Kuba, robisz dobrą robotę i docelowo za 10 lat zaprosimy Cię do kadry na asystenta”. Nie mówię, że to nie są moje ambicje, bo po to się trenuje, żeby być coraz lepszym. Jednak patrząc na to, jak to wygląda od środka, to nie jest już tak kolorowo. Trenerem kadry się bywa, a trenerem klubowym czy szkolnym się jest. Chodzi o to, że za złe wyniki mogą cię wyrzucić z kadry już po sezonie i wtedy zostajesz na lodzie. A szkoleniowcem klubowym jest się na co dzień. Oczywiście również mogą cię zwolnić, ale docelowo trudniej to zrobić, bo jesteś nauczycielem, masz etat i dopóki nie zrobisz jakiegoś głupstwa, to jesteś trenerem. Może w szkole nie zarabiam kroci, bo wiadomo, jak wyglądają pensje nauczycieli, ale to na razie sprawia mi przyjemność. Mam kontakt z trenerami z kadry, bo zależy mi na komunikacji i współpracy między zawodniczkami z ośrodków w Szczyrku i Zakopanem z grupą główną Łukasza Kruczka. Ten kontakt jest, a współpraca układa się dobrze. Mi to wystarcza. Czy za parę lat chciałbym być trenerem głównym? Nie wiem. Jestem osobą, która bardzo dużo wymaga, a nie wszystkim to pasuje. Nigdy nie mów nigdy. Na tę chwilę jest mi dobrze, tu gdzie jestem. Teraz chcę rozwijać młodzież. Czy w przyszłości będzie okazja trafić do struktur kadr narodowych? Czas pokaże.

Rozmawialiśmy o skoczkiniach, to przejdźmy do skoczków. Kiedyś Kamil Stoch powiedział, że Igrzyska Olimpijskie w Pekinie mogą być jego ostatnimi igrzyskami w karierze. Wyobraża Pan to sobie?

- Wyobrażam sobie, że to mogą być ostatnie igrzyska Kamila Stocha. Absolutnie nie życzę Kamilowi,  żeby z racji wieku odpuścił i odłożył narty. Jednak biorąc pod uwagę, że Kamil nie jest najmłodszy, zdaję sobie z tego sprawę, że okres czterech lat w sporcie jest duży i w tym czasie wiele rzeczy może się zmienić. To mogą być jego ostatnie igrzyska, ale nie muszą. Najważniejsze, żeby zawodnik był zdrowy. Drugą rzeczą jest radość z oddawania skoków. Gdy te elementy będą iść ze sobą w parze, nie widzę problemu, żeby to były dla Kamila nawet nie przedostatnie, ale nawet przed przedostanie Igrzyska Olimpijskie. Aby tak się stało, Kamil Stoch musi unikać kontuzji, zachorowań, bo w pewnym wieku organizm dużo ciężej się regeneruje i wraca do pełnej sprawności. Jeżeli Kamil jest zdrowy, a na razie jest i skoki sprawiają mu radość, bo jest jednym z najlepszych skoczków na świecie i w tym sezonie bez wątpienia również będzie, to czemu tego nie kontynuować?

Stoch, Kubacki, Żyła – to nasza żelazna trójka, która wykształciła się w sezonie 2016/17 i co roku ci zawodnicy cieszą nas swoimi wynikami. Jednak wielu twierdzi,  że po ich odejściu zmieni się też pozycja Polski w skokach.

- Od dłuższego czasu jest to nasza najlepsza sportowa trójka na świecie i z tym nie można polemizować. To są zawodnicy, którzy od paru lat nie schodzą z pewnego poziomu sportowego. Na nich można liczyć w każdym konkursie. Zakładam, że w tym sezonie status quo zostanie utrzymany. Dawid, Piotrek i Kamil będą bardzo blisko czołówki. Który z nich będzie lepszy? Tego nie wiem, bo każdy z nich ma oddzielną historię. Ta trójka jest naszą najlepszą możliwością, jaką mamy i do nich będziemy szukali czwartego zawodnika. Jednak, kiedy ta trójka powie „koniec”, to będzie duży problem, bo ciężko będzie ich zastąpić. Dawniej 30-letni skoczek był odsyłany na emeryturę. Dzięki rozwojowi techniki, metodyki treningu Piotrek Żyła w wieku 34 lat mógł zostać mistrzem świata na normalnej skoczni. Kamil Stoch ma 33 lata i wciąż trenuje, Dawid Kubacki ma 31 lat i z roku na rok osiąga coraz lepsze wyniki. Wszystko wskazuje na to, że regeneracja po treningu, planowanie zajęć i obciążeń treningowych tak poszła do przodu, że niewykluczone, że oni będą skakać przez kolejne 3-4 lata. Piotrek Żyła sam przyznał, że po co ma kończyć karierę, pytając „co on w domu będzie robił?”. Jego to cieszy i bardzo dobrze. Innym zagadnieniem jest szukanie następców, bo oni muszą się w końcu kiedyś znaleźć.

Chociaż u juniorów jeszcze tego nie widać w postaci wyników, jest kilku potencjalnych następców.

- Nie możemy mówić, że jest źle, ale nie jest też idealnie. Ostatnie Letnie Mistrzostwa Polski w Zakopanem pokazały, że mamy uzdolnionych juniorów takich jak: Jan Habdas i Klemens Joniak. Od dłuższego czasu mówi się o zapleczu. To łączenie kadry A i B, które miało miejsce w zeszłym sezonie powoli przynosi efekty. Kacper Juroszek, Jarosław Krzak czy Paweł Wąsek i Tomasz Pilch mogą trenować wspólnie z Kamilem Stochem. Dla młodszych było to wyciągnięcie ręki, dzięki czemu mogli zobaczyć, jak to wszystko wygląda, przez co mogą wzorować się od najlepszych. Faktycznie dobre pojedyncze występy zimą odnotował Klemens Murańka, czy Aleksander Zniszczoł. Chłopaki zobaczyli, że faktycznie coś potrafią. Teraz dobrze byłoby wykonać kolejny krok do przodu, przebijając się coraz wyżej. Poza nimi bardzo liczę na innych juniorów. Jan Habdas świetnie rozpoczął zimę w zmaganiach FIS Cup w Falun, notując czwarte i drugie miejsce. W przyszłym roku w Zakopanem mamy Mistrzostwa Świata Juniorów, więc miejmy nadzieję, że to wtedy ruszy i o tych zawodnikach zrobi się głośno.

Kiedy rozmawialiśmy o żelaznej trójce, przez pewien czas czwartym zawodnikiem był Maciej Kot. Wygrane konkursy Pucharu Świata, bycie w ścisłej czołówce, aż nagle, w pewnym momencie wszystko się posypało. Co było punktem zwrotnym w karierze Pana brata?

- Najlepszą odpowiedzią może być sformułowanie, że takie są właśnie skoki narciarskie. Do tej pory nie wiemy, co w stu procentach było przyczyną, która doprowadziła do tego, że Maciek przestał skakać. Stefan Horngacher wykonał kapitalną robotę. Wydobył Maćka z głębokiego kryzysu i faktycznie za jego kadencji Maciek był mocnym punktem drużyny, notując życiowe rezultaty. Co się potem stało? Sztab się nie zmienił, metody Horngachera też, Maciek robił to samo i co? Zaczął mieć problem, żeby zająć 20. miejsce w Pucharze Świata. Wiem, że się nie obijał, nie miał problemów z utrzymaniem odpowiedniej wagi, ale to nie przełożyło się na wyniki. Za Michala Doleżala to się dalej nie udaje. Wcześniej tzw. czwartym do brydża był Maciek, potem był nim Jakub Wolny, a ostatnio Andrzej Stękała. Dlaczego Andrzej nagle wskoczył do drużyny? Trenował, pracował, nagle zadziałał jakiś bodziec i było go stać na fantastyczne rezultaty. Czy w tym sezonie będzie tak samo? Kto wie. Może być tak samo, a może być gorzej. Tak samo sprawa wygląda z Maćkiem. Doskonale pamiętam, jak na Turnieju Czterech Skoczni przed Mistrzostwami Świata w Seefeld w 2019 roku Horngacher powiedział mi w cztery oczy, że potrzebuje Maćka do drużyny. Horngacher liczył, że wydobędzie go z kryzysu, Maciek bardzo mu ufał. Skończyło się tak, że Maciek w ogóle nie załapał się na mistrzostwa. Wówczas próbowano dosłownie wszystkiego, on sam skakał źle i nie udało się go postawić na nogi.

Od lewej: Maciej i Jakub Kot w 2007 roku
fot. PIOTR BLAWICKI/East News

Od maja tego roku Maciej trenuje pod Pana okiem.

- Dla mnie temat trenowania Maćka jest dosyć dziwny. Wyniki miał słabe, ale to nie skreślało go z grupy narodowej. Bardzo ciekawi mnie czy to była jego wola, czy trenerów.

Nie rozmawialiście o tym?

- Widziałem, że ten temat jest dla niego ciężki, dlatego nie chciałem go naciskać. Pamiętam nasze spotkanie pod koniec kwietnia, kiedy Maciek przyszedł do mnie i zapytał się, czy może pojechać ze mną i moja grupą na zgrupowanie. Mówił, że sam musi ogarnąć sobie trening na skoczni. Już wtedy wyczułem, że coś jest nie tak. To bardzo dziwna decyzja, zwłaszcza że przed nami rok olimpijski. Mam na głowie grupę szkolną, klubową i wiadomo, że nie będę w stanie poświęcać mu stu procentowej uwagi, mimo że Maciek potrzebuje dużo większej atencji. Na szczęście czasami udawało się to pogodzić i jeździliśmy razem. Niestety, zdarzały  się momenty, że mnie nie było, Maciek potrzebował skoków i szukał różnych opcji. To lato było strasznie ciężkie. Trudno było wszystko spiąć i zorganizować. Maciek na skoczni skakał ze mną, ale czasem skakał z innymi trenerami z kadry, bo ja musiałem wyjeżdżać na zawody kontynentalne. To wiązało się też z dużo większą odpowiedzialnością, bo jak ten plan nie wypali, wina spadnie na mnie, bo to ja zostałem okrzyknięty jego trenerem. Oczywiście nie chcę się z tego wycofywać i zwalać winy na kogoś innego, ale to trudna sytuacja dla nas obu.

Mówił Pan, że efekty pracy z Maciejem będzie można zobaczyć dopiero po jego wynikach. Co w tym czasie z tych pozytywnych rzeczy można było zaobserwować w jego skakaniu?

- W czasie naszych treningów postanowiliśmy nie patrzeć na wyniki. Chciałem, żeby Maciek powrócił do czasów dzieciństwa, żeby złapał radość ze skakania nawet na mniejszych skoczniach. W jego przypadku wygląda to tak, że trzeba go zrestartować, tak jak komputer. W maju bawiliśmy się tymi skokami. Jednak, kiedy przyszły poważniejsze próby, było widać, że Maciek ma problemy techniczne. To bardzo doświadczony, ambitny i mądry zawodnik, ale wszystko kończyło się w momencie, gdy odbijał się od belki. Wtedy wszystko się burzyło. Były wyjazdy, na których osiągał już fajne wyniki. Pamiętam, że były obozy, na których Maćkowi dobrze się skakało, jak np. w Courchevel. Jednak, kiedy wróciliśmy do Zakopanego na tory lodowe, wyglądało to tak, jakby Maciek znów zrobił dwa kroki w tył. Maciek ma spore rezerwy i przy dobrych skokach jest w stanie osiągać dobre wyniki. Tylko te rezerwy trzeba znaleźć, uruchomić i przełożyć na skocznię. Z pewnością nie ma takiej formy, żeby jechać na Puchar Świata i walczyć o jak najwyższe lokaty. Jednak jako jego brat czy trener nie ukrywam, że do igrzysk zostało jeszcze trochę czasu, dlatego trzeba wykorzystać ten moment, żeby Maciek odnalazł czucie swojego ciała, którego szukamy. Sprawa wciąż jest otwarta.

Na początku był Pan w studiu Telewizji Polskiej, później związał się z Eurosportem. Jakie dostrzegł Pan różnice między TVP a Eurosportem, patrząc na oprawę skoków?

- Każdy ma prawo do swojej opinii. Jedni wolą transmisje bardziej na luzie, drudzy bardziej na poważnie. Tę kwestię pozostawiam każdemu widzowi, który ogląda skoki. Byłem w TVP i w Eurosporcie i muszę przyznać, że tu i tu poznałem naprawdę świetnych ludzi. Praca w Telewizji Polskiej i Eurosporcie dała mi bardzo dużo. Jako zawodnik patrzyłem na konkursy oczami skoczka. Kiedy zacząłem wyjeżdżać jako dziennikarz, zacząłem widzieć rzeczy, których na co dzień nie dostrzegałem. Nie będę ukrywał, że mam bardzo dobry kontakt z Michałem Korościelem, który prowadzi studio, przez co tworzymy je bardziej na luzie. Wiemy, że możemy pozwolić sobie na pewne żarty, mając do siebie dystans. Całość nakręca nas jeszcze bardziej do kolejnych żartów, uszczypliwości, ale zachowujemy to w takim tonie, żeby widz wiedział, że sobie żartujemy, a jednocześnie staramy się zachować merytorykę. Niektórzy wolą typ TVP: pod krawatem, nie szczędzenia pochwał, unikania tego, co jest złe. W Eurosporcie jest trochę inaczej. Jednak nie chcę, żeby zostało to odebrane, jakbym szukał kontrowersji. W Telewizji Polskiej poznałem kapitalnych fachowców: Macieja Kurzajewskiego, czy Maćka Jabłońskiego, z którymi zawsze przybijamy piątkę, kiedy spotykamy się pod skocznią. Jednak w TVP władza ma wpływ na to, co tam się dzieje, do gry wchodzą tematy polityczne.

Dlatego odszedł Pan z TVP?

- Niestety, moja praca w TVP skończyła się z różnych względów, bardziej politycznych. Nie będę wchodził w szczegóły, bo każdy może się domyśleć o co chodzi. Pojawiły się pewne rzeczy, zachowania, które nie były w porządku wobec mnie i mojego taty. Mam tu na myśli wyłącznie względy polityczne. Ze strony sportowej czy merytorycznej wszystko było ok. W pewnym momencie zakończyliśmy współpracę i wróciłem do Eurosportu.

Jakub Kot to były skoczek narciarski, brązowy medalista Mistrzostw Świata Juniorów z 2009 roku, dwukrotny medalista Zimowej Uniwersjady (dwa razy brąz w 2011 i 2015 roku) oraz delegat techniczny FIS. Jest synem Rafała Kota byłego fizjoterapeuty polskich skoczków i bratem Macieja Kota.

Maciej Walasek
Maciej Walasek

Absolwent dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Łódzkim. Sportem pasjonuje się od dziecka. Od lat śledzący wydarzenia ze świata piłki nożnej, siatkówki, Formuły 1 i skoków narciarskich. Gdy tylko ma okazję, dzieli się sportowymi wydarzeniami z każdym, kogo napotka na swojej drodze. Uparcie wierzy w sukces polskich piłkarzy na mundialu i tytuł mistrza świata F1 dla Roberta Kubicy. Kiedy okazało się, że na karierę sportowca jest już za późno, postanowił, że zamiast medali, będzie dostarczał kibicom samych dobrych wiadomości o sukcesach polskich zawodników na sport.radiozet.pl.

Prywatnie miłośnik aktywnego spędzania wolnego czasu, podróży i dobrej muzyki.

Twitter: @maciej_walasek

E-mail: maciej.walasek@radiozet.pl