Zamknij
Kibice siatkówki
Kibice podczas meczu siatkarek Polska-Niemcy w Atlas Arenie
fot: LUKASZ SZELAG/REPORTER/East News
MÓWI O NICH CAŁY ŚWIAT

Dlaczego Polacy to najlepsi kibice na świecie?

Maciej Walasek
Maciej Walasek Redaktor Radia Zet
13.10.2021 23:37
13.10.2021 23:37

Polscy kibice siatkówki nazywani są najlepszymi na świecie. Takiego dopingu zazdrości nam cały siatkarski świat, a rywale chętnie przyjeżdżają do Polski, aby na własnej skórze odczuć panujący klimat. Skąd wziął się fenomen fanów biało-czerwonych?

Marek Magiera od 2005 roku jest dziennikarzem Polsatu Sport, ale cztery lata wcześniej otrzymał propozycję zostania spikerem na meczach reprezentacji Polski w siatkówce. – Staram się bazować na słowie mówionym, ale za muzykę odpowiada Grzegorz Kułaga. Niektórzy znają moje zwroty na pamięć i mówią, że powinienem je opatentować, np. „wszystkie ręce klaszczą”, albo „wszyscy razem jak najgłośniej” – stałe powiedzenia, które przejawią się w moich aktywnościach. Czasami sam już nie kontroluję tego, co się dzieje. To wychodzi automatycznie, pod wpływem emocji – mówi. Ale zacznijmy od początku...

Maciej Walasek: - Jest Pan dziennikarzem, ale jednocześnie prowadzi imprezy sportowe. Co było pierwsze?

Marek Magiera, dziennikarz Polsatu Sport, spiker na meczach reprezentacji Polski w siatkówce: - Swoją pracę jako dziennikarz zacząłem już dawno, bo 30 lat temu w Częstochowie. To była lokalna rozgłośnia Radio City. Tam zacząłem zajmować się piłką nożną i siatkówką, ale ostatecznie zostałem przy siatkówce. Później była gazeta Życie Częstochowy i Radio Fon w Częstochowie z korespondencjami do Radia ZET między innymi z meczów miejscowego AZS-u. To wszystko miało miejsce w latach 90. i na początku 2000 roku. Oprócz tego pod koniec lat 90. byłem spikerem na spotkaniach AZS-u Częstochowa. Początek mojej działalności przy reprezentacji Polski wyglądał tak, że wtedy spikerem na meczach kadry był ówczesny dziennikarz Telewizji Polskiej Bartosz Heller. W 2001 roku postawiono mu ultimatum: albo zostaje w telewizji, albo robi oprawę razem z Grzegorzem Kułagą, który jest do dzisiaj. Bartosz został w telewizji, a ja otrzymałem propozycję od Janusza Biesiady, który w tamtym czasie był prezesem PZPS i zapytał, czy przejmę mikrofon od Bartosza. Zgodziłem się i to trwa do dziś.

Czyli od wtedy zaczął się fenomen polskich kibiców w świecie siatkówki?

- Fenomen zaczął się w 1998 roku, kiedy dostaliśmy zielone światło od FIVB (Międzynarodowej Federacji Piłki Siatkowej - przyp.red.) na organizację meczów Ligi Światowej. W Polsce wtedy nie było nic. Reprezentacja była słaba, do momentu, kiedy Ireneusz Mazur rok wcześniej z drużyną juniorów nie wywalczył mistrzostwa świata. Wtedy ktoś rzucił hasło: „zmieniamy szyld i jedziemy dalej”. Wówczas Polska wywalczyła prawo do gry w Lidze Światowej, a to wcale nie było takie proste. Zaczęło się wielkie boom na siatkówkę. Oczywiście pierwsze mecze nie wyglądały, tak, jak teraz, ponieważ nikt do końca nie wiedział, z czym to się je. Grzegorz Kułaga i Bartosz Heller zostali zatrudnieni przez PZPS po to, żeby trochę odwrócić uwagę od tego, co dzieje się na boisku, zachowując wszelkie proporcje. Idąc amerykańskim przykładem, mieli stworzyć coś na wzór widowiska, aby ludzie przychodzili nie tylko konkretnie na mecz, ale przy okazji mogli się pobawić i fajnie spędzić czas. Przez kolejne lata to wszystko ewoluowało i już od ponad 20 lat razem ciągniemy ten wózek.

Pamięta Pan pierwsze mecze reprezentacji Polski w roli spikera?

- Tak, to był mecz Polska – Argentyna w Łodzi, w starej hali przy ulicy Skorupki w 2002 roku. Graliśmy z nimi dwa razy i dwukrotnie wygrywaliśmy - w pierwszym spotkaniu było 3:1, a w drugim 3:0. Potem były dwa kapitalne spotkania z Brazylią w katowickim Spodku - też dwie wygrane po 3:2. I spotkania w ramach Ligi Światowej przeciwko Portugalii rozegrane we Wrocławiu w tym samym roku. Nasi siatkarze też wygrali oba mecze po 3:1 i wszyscy się śmiali, że wygrałem więcej spotkań z mikrofonem w ręku niż Bartosz Heller przez cztery lata razem wzięte. Ówczesny poziom sportowy rósł razem z Ligą Światową. To było wielkie wydarzenie dla polskich kibiców. Do tamtej pory fani nie mieli styczności z tym siatkarskim światem. Wszyscy znali te potężne reprezentacje Rosji, czy Serbii i Czarnogóry jedynie z telewizji, i to jeszcze z niewielkich pojedynczych przekazów. Nagle fani zaczęli mieć wszystko na wyciągnięcie ręki u siebie i garnęli się do hal całymi rodzinami, aż po dzień dzisiejszy. Super, że to tak wygląda.

Marek Magiera i Grzegorz Kułaga na ceremonii losowania grup ME
fot. MAREK LASYK/REPORTER/East News

Polscy kibice już wtedy zaczęli robić na Panu wrażenie, czy to dopiero budowało się wspólnie z występami w Lidze Światowej?

- Hale już wtedy były pełne. Liga Światowa była oknem na świat dla nas wszystkich, dla ludzi ze środowiska siatkarskiego. My nie mogliśmy doczekać się fajnego wyniku. Zaczęliśmy też oprawiać mecze kobiet. Kiedy nasze Złotka pod wodzą ś.p. Andrzeja Niemczyka po raz pierwszy sięgnęły po złoty medal mistrzostw Europy w 2003 roku, PZPS w grudniu między świętami a Sylwestrem zorganizował mecz towarzyski Polska – Włochy w Katowicach. Wówczas chyba po raz pierwszy na meczu kobiet Spodek zapełnił się do ostatniego miejsca. Trzeba zaznaczyć, że to nie był łatwy okres do tego, żeby zachęcić ludzi do przyjścia na halę. Czekaliśmy też na wielki sukces siatkarzy. Myślę, że Liga Światowa miała znaczący wpływ na tych młodych chłopaków, na to co działo się z drużyną. Ci zawodnicy dojrzewali razem z tymi widowiskami, na tym, co działo się wokół nich. Zwieńczeniem było przyjście Raula Lozano i zdobycie wicemistrzostwa świata w Japonii w 2006 roku.

Skąd czerpiecie pomysły na zabawy z kibicami?

- Wszystko odbywa się na zasadzie metody prób i błędów. W pierwszej kolejności patrzymy na to, czy to, co proponujemy ludziom, w ogóle im pasuje. Na szczęście w zdecydowanej większości tak jest. Bazujemy na stałym szkielecie tego, co udało się wypracować wcześniej. My Polacy mamy to do siebie, że lubimy sobie pośpiewać na imprezach. A ja uważam, że mecz to odwzorowanie całej naszej historii, gdzie walkę mamy we krwi. Te wszystkie czynniki narodowe: Polska biało-czerwoni, szabla do ręki, wojna, walka, ilość niepamiętnych powstań - tu jest okazja, żeby coś powygrywać, dobrze się czuć. Inspiracją są różne rzeczy: wyjazd na wakacje, gdzie można podpatrzeć, jak zachowują się animatorzy, próbujący zachęcić ludzi do zabawy, czy w czasie oglądania bajek dla dzieci - tam też można znaleźć parę rzeczy, oczywiście zachowując wszelkie proporcje, co można wykorzystać na trybunach. Tego nie brakuje. Problem może pojawić się, kiedy tego zacznie brakować, ale jak na razie z tym kłopotu nie ma.

Od lat wspólnie we dwójkę widzieliście dziesiątki meczów z udziałem polskich kibiców. Czy fani biało-czerwonych nadal potrafią czymś zaskoczyć?

- Na każdym meczu pytam się ludzi, kto jest po raz pierwszy na meczu na żywo. Niektórzy zarzucają nam, że przez cały czas jedziemy jednym i tym samym sznytem. Ale proszę mi wierzyć, że ludzie przychodzą do naszego stanowiska podczas meczów i pytają się „dlaczego nie ma tego? Ja to widziałem w telewizji. Co się stało z tym?”. Oni coś widzieli i chcieliby przeżyć to na żywo. Takich ludzi, która nie dostała się do hal jest masa. Oni czekają na to wszystko, co znają z przekazu telewizyjnego, czy opowieści znajomych. Chcieliby w tym uczestniczyć, dlatego wprowadzane przez nas zmiany są naprawdę symboliczne, żeby nie zmieniać całego layoutu. Zdajemy sobie sprawę z tego, że ktoś, kto nas odwiedza od parunastu lat wie, co będziemy robili, ale dla wszystkich nowych kibiców na trybunach to jest rytuał, który musimy wykonać, bo nam zwyczajnie tego nie wybaczą. Płacą duże pieniądze za bilety, za które chcą się dobrze pobawić, a my im tę zabawę chcemy zagwarantować. A jak wygląda różnica? W latach 1998-2000 ludzi z barwami narodowymi ubranych w biało-czerwone koszulki czy szaliki można było policzyć na palcach dwóch rąk Teraz na palcach dwóch rąk policzysz kogoś, kto bez emblematów narodowych przychodzi do hali. To zasadnicza różnica. Cała reszta taka jak śpiewy, kreatywność kibiców czy nasza – to się absolutnie nie zmienia.

Polscy kibice na meczu ME Polska - Serbia w Tauron Arenie, 4.9. 2021
fot. Artur BARBAROWSKI/East News

Za czasów, kiedy reprezentację Polski prowadził Waldemar Wspaniały, graliśmy w Bydgoszczy z Wenezuelą. Przed naszym stanowiskiem siedziała czteroosobowa rodzina: mama, tata, dwójka dzieci. Nasi siatkarze nieoczekiwanie przegrali 0:3, a całe spotkanie trwało może z godzinę i 15 minut. W pewnej chwili tata odwraca się i pyta:„co jest grane”? Odpowiedziałem, że przegraliśmy mecz, trudno – tak się zdarza. A on na to „ale pani w kasie powiedziała, że będziemy tu siedzieli trzy godziny”. Takie było podejście niektórych ludzi. Teraz wszyscy doskonale znają się na siatkówce.

Wydaje się, że przez tyle lat człowiek zdążył przywyknąć do tej roli. Czy zdarzają się spotkania, kiedy towarzyszy Panu stres?

- Coś takiego zdarzyło mi się jeden, jedyny raz w życiu, kiedy stałem za mikrofonem na meczu siatkarzy. To miało miejsce na mistrzostwach świata w Polsce w 2014 roku w półfinale z Niemcami w Spodku. Wtedy nasza reprezentacja przeszła niewiarygodną drogę, aby w tym półfinale w ogóle się znaleźć. Ja bardzo się utożsamiałem z tą drużyną, ponieważ grało w niej wielu moich kolegów. Oni szli swoją drogę zawodową, tak jakby obok mnie. Można powiedzieć, że szliśmy razem: ja z mikrofonem, a oni na boisku. Znaliśmy się doskonale i moje relacje z nimi wykraczały poza standardowe relacje zawodnik-dziennikarz. Byliśmy bardziej przyjaciółmi niż tylko kolegami z pracy. Dlatego tak bardzo zależało mi na tym, aby zrobili dobry wynik. A półfinał z Niemcami, to była prawdziwa droga przez mękę. Nikt się nie spodziewał, że Niemcy tak się nam postawią. Ostatecznie wygraliśmy 3:1, ale ile nerwów mnie ten mecz kosztował, to nawet nie będę mówił. Na samym finale z Brazylią już się tak nie denerwowałem. Mówiłem sobie tylko, że przynajmniej mamy srebrny medal, a jak się uda wywalczyć mistrzostwo, to będzie super.

Z jednym meczem będzie trudno, ale jakby miał Pan wymienić pięć z udziałem polskich kibiców, które szczególnie zapadły w pamięć...

- Tylko nie klasyfikujmy tych meczów od 1 do 5, ale potraktujmy w równym wymiarze. Na pewno 2002 rok, gdzie graliśmy z Brazylią w Spodku i te dwa zwycięstwa w nieprawdopodobnych okolicznościach – potraktujmy to jako jeden event. Następnie finał mistrzostw świata 2014 z Brazylią i również w Katowicach. Dalej Polska – Serbia na PGE Narodowym w 2014 roku jako mecz otwarcia MŚ, a także spotkanie Polska - Serbia o brązowy medal na ostatnich mistrzostwach Europy i mecz dziewczyn w Łodzi na ME o brązowy medal z Niemkami w 2009 roku.

Ostatnio byłem na meczu Polska - Anglia w piłce nożnej na PGE Narodowym, ale zachowanie polskich kibiców na el. MŚ zdecydowanie różniło się od tego, co jest na siatkówce.

- To kwestia dyscypliny. W siatkówce mamy dużą swobodę - tego, co możemy robić i na co możemy sobie pozwolić między akcjami. Sama akcja odbywa się w pewnego rodzaju ciszy, ale kiedy piłka wyląduje na parkiecie, mamy czas do następnego serwisu, gdzie możemy krzyknąć, puścić muzykę, zrobić cokolwiek, żeby ludzi pobudzić. Natomiast w piłce nożnej jest to niemożliwe. Tam trybuny muszą żyć swoim życiem. Spiker ma ograniczone pole manewru z powodu regulacji narzucanych przez FIFA i UEFA. W skokach też jest fajny klimat, bo można robić wszystko do czasu startu następnego skoczka. A teraz jeszcze w czasie skoków możemy grać muzykę, bo nikomu to nie przeszkadza, wręcz przeciwnie. Dlatego myślę, że przyczyną jest specyfika dyscypliny i wewnętrznych przepisów, które obowiązują. Sądzę, że kibic piłkarski , który przychodzi na PGE Narodowy, to nie jest ten sam kibic, co na siatkówce, ale target na pewno jest już ten sam.

Maciej Walasek
Maciej Walasek

Absolwent dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Łódzkim. Sportem pasjonuje się od dziecka. Od lat śledzący wydarzenia ze świata piłki nożnej, siatkówki, Formuły 1 i skoków narciarskich. Gdy tylko ma okazję, dzieli się sportowymi wydarzeniami z każdym, kogo napotka na swojej drodze. Uparcie wierzy w sukces polskich piłkarzy na mundialu i tytuł mistrza świata F1 dla Roberta Kubicy. Kiedy okazało się, że na karierę sportowca jest już za późno, postanowił, że zamiast medali, będzie dostarczał kibicom samych dobrych wiadomości o sukcesach polskich zawodników na sport.radiozet.pl.

Prywatnie miłośnik aktywnego spędzania wolnego czasu, podróży i dobrej muzyki.

Twitter: @maciej_walasek

E-mail: maciej.walasek@radiozet.pl