Zamknij

Łukasz Kaczmarek: Wygranie Ligi Mistrzów ma ogromne znaczenie [WYWIAD]

05.05.2021 13:46
Łukasz Kaczmarek
fot. Tomasz Kudala/REPORTER

- Wiedzieliśmy, że cała Polska na nas liczy i nie chcieliśmy nikogo zawieść. Inaczej wraca się ze złotym, a inaczej ze srebrnym medalem. Cieszymy się, że spełniliśmy swoje marzenia i marzenia całej Polski. Mamy trudne czasy pandemii koronawirusa, dlatego ten sukces ma duże znaczenie dla wielu ludzi - mówi w rozmowie z RadioZET.pl Łukasz Kaczmarek siatkarz Grupy Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle. W sobotę zespół Nikoli Grbicia wygrał najbardziej prestiżowe rozgrywki w Europie. To pierwszy triumf polskiej drużyny od 43 lat.

Maciej Walasek, RadioZET.pl: Minęło kilka dni od historycznego zwycięstwa Grupy Azoty ZAKSY Kędzierzyn-Koźle w Lidze Mistrzów. Pierwsze emocje już opadły?

Łukasz Kaczmarek, atakujący Grupy Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle: - Emocje pomału opadają. Powoli do nas zaczyna docierać to, co się wydarzyło. Po samym wygraniu Ligi Mistrzów euforia była ogromna. Potrzebujemy czasu, żeby to do nas w pełni dotarło, bo to niesamowity sukces.

Przygotowywał się Pan specjalnie do tego meczu, czy starał się podchodzić jak do każdego innego spotkania?

- Do spotkania z Trentino przygotowywałem się jak do każdego innego meczu. Wiadomo, że to był finał Ligi Mistrzów. Dla mnie jak i dla większości drużyny był to też pierwszy taki finał w karierze, więc towarzyszyły nam spore emocje. Przed nim mierzyliśmy się z obrońcą tytułu Cucine Lube Civitanovą, potem z Zenitem Kazań, który w ostatnich latach dominował w tych rozgrywkach. My byliśmy nowicjuszami. Dla ZAKSY i dla nas samych udział w finale był czymś nowym. To było niesamowite wydarzenie, zwłaszcza kiedy dowiedzieliśmy się, ilu Polaków trzyma za nas kciuki. Wiedzieliśmy, że cała Polska na nas liczy i nie chcieliśmy nikogo zawieść. Inaczej wraca się ze złotym, a inaczej ze srebrnym medalem. Cieszymy się, że spełniliśmy swoje marzenia i marzenia całej Polski. Mamy trudne czasy pandemii koronawirusa, dlatego ten sukces ma duże znaczenie dla wielu ludzi. Wszyscy byliśmy głodni sukcesów i emocji, więc uważam, że udało nam się je zapewnić.

Który z meczów Ligi Mistrzów był punktem zwrotnym? Kiedy uwierzyliście, że sukces rzeczywiście jest możliwy?

- Myślę, że kluczowym spotkaniem było pierwsze starcie z Cucine Lube. Jadąc do Włoch, byliśmy w pełni świadomi, że gramy z obrońcą tytułu Ligi Mistrzów, z drużyną naszpikowaną gwiazdami. To zwycięstwo za trzy punkty dało nam sygnał, że jesteśmy w stanie powalczyć w tych rozgrywkach. Może jeszcze wtedy nikt nie myślał o złotym medalu, ale pojawiła się myśl, że możemy zagrać fajny turniej, na którym możemy coś ugrać i zapisać się w historii. Oczywiście spełnił się najlepszy z możliwych scenariuszy i zdobyliśmy złoto.

Z ZAKSĄ nie wygrał Pan jeszcze tylko Klubowych Mistrzostw Świata. Nie pojawiają się myśli, żeby spróbować sił za granicą?

- Z ZAKSĄ udało mi się zdobyć prawie wszystko. Jestem bardzo szczęśliwy w klubie, któremu wiele zawdzięczam. Wyciągnęli do mnie pomocną dłoń, kiedy byłem na samym dnie i dzięki nim po perturbacjach zdrowotnych mogę kontynuować swoją przygodę ze sportem. Jestem wdzięczny za to, jak postąpili, dlatego, póki co nie myślę o rozstaniu z ZAKSĄ.

Przerwa między półfinałem a finałem Ligi Mistrzów trwała ponad miesiąc, a ostatni mecz przed starciem z Trenitno zagraliście na dwa tygodnie przed decydującym spotkaniem...

- To był długi i ciężki sezon. Przygotowania rozpoczęliśmy 4 lipca zeszłego roku, a skończyliśmy 1 maja. Dla mnie głównym celem było zagranie pełnego sezonu w zdrowiu, tak aby na koniec zmagań móc powiedzieć sobie, że wszystkie problemy zdrowotne mam już za sobą. Tym razem wynik nie był dla mnie najważniejszy, dlatego uważam, że plan został zrealizowany w stu procentach i to z nawiązką. Na cztery możliwe trofea zdobyliśmy trzy, dlatego lepszego powrotu po tak koszmarnym dla mnie sezonie nie mogłem sobie wyobrazić. Jeśli chodzi o przerwę i czekanie na finał Ligi Mistrzów, to on sam nie stał na takim poziomie, jak chociażby mecze z Cucine Lube czy z Zenitem. W poprzednich rundach mieliśmy zachowany rytm meczowy, gdzie graliśmy co trzy-cztery dni, a tutaj tego nie było. Trentino nie grało miesiąc czasu, my dwa tygodnie, więc każdy był wybity z gry. Całe show w Weronie i organizacja stały na dobrym poziomie, co bez wątpienia było dla nas wielkim przeżyciem. Wiadomo, że jest to ważna rzecz, ale nie zmienia to faktu, że to my jako główni bohaterowie jesteśmy najważniejsi i powinniśmy mieć najlepsze możliwe warunki do tego, aby zapewnić wielkie show przede wszystkim dla kibiców i pokazać swoją najlepszą możliwą siatkówkę. Niestety, ale jak to było widać w finale, tych błędów było za dużo. Zdarzały się momenty, kiedy przy podrzucie piłki na zagrywce ta po prostu znikała przy źle ustawionych światłach. Na szczęście za parę lat nikt nie będzie wspominał o tak długiej przerwie czy oświetleniu, tylko o naszym zwycięstwie w Lidze Mistrzów.

Za chwilę rusza sezon reprezentacyjny, a docelową imprezą w tym roku są igrzyska olimpijskie w Tokio.

- Marzeniem każdego sportowca jest wyjazd na igrzyska olimpijskie. Od kiedy zacząłem profesjonalnie grać w siatkówkę, marzyłem o tym, żeby na nie pojechać. Od czwartku rozpoczynam treningi w Spale i będę robił wszystko, co w mojej mocy, aby znaleźć się w kadrze i polecieć do Japonii.

RadioZET.pl