Koulibaly: "Sarri kazał mi opuścić nowonarodzonego syna, a później posadził na ławce"

Marek Garus
28.06.2019 17:59
Kalidou Koulibaly
fot. Giuseppe Maffia/Imago Sport and News/East News

Kalidou Koulibaly musiał opuścić swojego nowonarodzonego syna, ponieważ, zdaniem ówczesnego trenera obrońcy, Maurizio Sarriego, był potrzebny drużynie. Następnie Włoch posadził go na ławce.

Chcesz być na bieżąco? Śledź Radio ZET - SPORT na Facebooku

Nie od wczoraj wiemy, że włoskie SSC Napoli to klub, który w ciągu wielu lat swojego istnienia wytworzył wokół siebie własne, specyficzne otoczkę i mentalność, jednak historia Kalidou Koulibaly'ego, którą zdecydował się podzielić z angielskim "The Players' Tribune", z czasów jego współpracy z obecnym szkoleniowcem Juventusu Turyn, a do niedawna trenerem Chelsea FC, Maurizio Sarrim, wydaje się być wyjątkowo szokująca.

28-latek wielokrotnie wspominał o tym, jak bardzo zżył się z Neapolem oraz jak ważny jest dla niego fakt, że jego syn urodził się akurat w tym miejscu i to właśnie z narodzinami jego pociechy wiążę się ta niezwykle ciekawa opowieść.

- Moja żona trafiła do szpitala rano, a wieczorem tego samego dnia graliśmy mecz z Sassuolo. Mój telefon ciągle wibrował. Zazwyczaj go wyłączam, ale martwiłem się o żonę. Dzwoniła z pięć, sześć razy. Trenował nas wtedy Maurizio Sarri, bardzo impulsywny człowiek, więc nie chciałem odbierać - relacjonował Senegalczyk.

Zobacz także

Koulibaly: "Sarri jest szalony"

- W końcu udało mi się wyjść i odebrać, a żona powiedziała, żebym natychmiast przyjeżdżał, bo rodzi nam się syn. Poszedłem do Sarriego i powiedziałem: „Trenerze, przepraszam, ale muszę wyjść - mój syn się rodzi!”. Sarri spojrzał na mnie i stwierdził: „Nie, nie, nie. Potrzebuję cię dziś wieczorem, Kouli. Bardzo cię potrzebuję. Nie możesz jechać”. Odparłem: „Ale to narodziny mojego dziecka, trenerze. Możesz zrobić ze mną co chcesz: ukarać, zawiesić, nie obchodzi mnie to, ja jadę!”. Sarri wyglądał na zdenerwowanego, palił papierosa. Palił, palił, myślał... W końcu stwierdził: „Ok, ok, jedź do szpitala. Ale musisz wrócić na mecz. Potrzebuję cię, Kouli!”.

- Pojechałem najszybciej, jak się dało. Nie można przeoczyć narodzin pierwszego syna. Przyjechałem do kliniki w samo południe, a, dzięki Bogu, mały neapolitańczyk urodził się o 13:30. Nazwaliśmy go Seni. To był najszczęśliwszy dzień mojego życia.

- Około 16:00 zadzwonił Sarri. Ten facet... Musicie zrozumieć: on jest szalony. Nie negatywnie, ale jest szalony. Mówił: „Kouli, wracasz?! Potrzebuję cię! Naprawdę! Proszę!”. Moja żona odpoczywała i zapewne też mnie potrzebowała, ale nie chciałem opuszczać drużyny, bo ją kocham. Kocham Neapol. Żona dała mi błogosławieństwo, a ja pojechałem na stadion.

Zobacz także

Koulibaly: "Sarri posadził mnie na ławce, chociaż wcześniej kazał mi opuścić nowonarodzonego syna"

- Przygotowywałem się już do meczu, podczas gdy Sarri wszedł do szatni i rozpisał skład. Patrzę, patrzę, patrzę... Nie ma mojego numeru. Krzyknąłem: „Trenerze! Żartuje pan?”, a on na to: „Co? To mój wybór”. Posadził mnie na ławce! Nawet nie wyszedłem w pierwszym składzie! Mówię: „Ale trenerze! Mój syn! Moja żona! Zostawiłem ich! Powiedział pan, że mnie potrzebuje!”, a on na to: „Tak, potrzebujemy cię, ale na ławce”. Teraz jak o tym myślę, chce mi się śmiać, ale wtedy byłem bliski płaczu.

- Być może ktoś pomyśli, że to przykra historia, ale dla mnie to wszystko, co kocham w Neapolu. Jeśli musiałbym to wytłumaczyć, nie zrozumielibyście. To jak tłumaczenie żartu. Do tego miasta po prostu trzeba przyjechać, poczuć je. Jest szalone - tak. Ale za to jakie wspaniałe! - zakończył Koulibaly.

RadioZET.pl/The Players' Tribune/MG