Zamknij
Krótki zysk, długotrwały ból. Jak Barcelona kupiła i rejestrowała piłkarzy?
Robert Lewandowski w barwach FC Barcelona
fot: Daisuke Nakashima/Aflo Images/East News

Krótki zysk, długotrwały ból. FC Barcelona ryzykuje, by wrócić na szczyt

Paweł Żurek
Paweł Żurek Redaktor Radia Zet
12.08.2022 14:35

Przed rozpoczęciem tego okna transferowego niewielu kibiców spodziewało się, że najaktywniejszym graczem na rynku będzie wyśmiewana przez wielu, stojąca na krawędzi bankructwa FC Barcelona. Spektakularne wzmocnienia mają zostać sfinansowane za sprawą osławionych już dźwigni finansowych. Jak ich użycie wpłynie na los klubu? 

Kilkanaście godzin przed rozpoczęciem La Ligi na liście piłkarzy, którzy zostali zarejestrowani i mogą wystąpić w barwach Barcelony nie było Roberta Lewandowskiego ani Raphinhi, Andreasa Christensena, Francka Kessiego i Julesa Kounde, czyli wszystkich zawodników sprowadzonych przez Blaugranę tego lata. Brakowało też dwóch piłkarzy, którzy odnowili kontrakt z klubem - Ousmane’a Dembele oraz Sergiego Roberto. Choć wszyscy wymienieni dostali już zielone światło do gry, to i tak do piątkowego wieczora Xavi nie mógł być pewny, kogo wystawi na boisko w sobotę. 

Barcelona na kilkadziesiąt godzin przed pierwszym ligowym meczem stała pod ścianą z dwóch powodów: gigantycznych długów i bardzo restrykcyjnych zasad tzw. kontroli ekonomicznej, która od prawie 10 lat obowiązuje w La Liga. Do zarejestrowania zawodników klub musiał uruchomić kolejną dźwignie finansową, czyli sprzedać aktywa, a także znacznie przyspieszyć negocjacje z zawodnikami, którzy mogą zrzec się zaległych, należnych im pensji. Wszystko po to, by budżet klubu był zgodny z hiszpańskim finansowym fair play. Jego zasady objaśnimy poniżej.

Najsurowsze zasady na świecie

By zarejestrować piłkarzy Barcelona musiała osiągnąć zgodność budżetu z procedurą „economical control” La Ligi, które w mediach i wśród kibiców jest nazywane finansowym fair play. Klub powinien na tyle zmniejszyć łączną kwotę przeznaczoną na pierwszą drużynę, aby mieściła się ona poniżej tzw. limitu kosztów składu (Squad Cost Limit). Obliczanie SCL, czyli sumy która może zostać wydana na pensje zawodników, jest w teorii dość proste. Squad cost limit stanowi różnicę pomiędzy budżetowymi wydatkami pozasportowymi klubu, a jego przychodami, w które wlicza się spłatę zadłużenia. Pozostała suma to właśnie SCL danego klubu.

- Kwoty włączane do SCL to nie tylko pensje wszystkich zawodników, ale także amortyzacja ich transferów (czyli całkowita wartość podpisania kontraktu i przeprowadzenia transferu podzielona przez liczbę lat, w trakcie których obowiązuje kontrakt – przyp. red). Wszystkie te kwoty zsumowane łącznie z zarobkami zawodników, którzy są już na kontrakcie w klubie, muszą wynieść mniej, niż wynosi squad cost limit. Ponieważ w latach 2021/22 Barcelona notowała straty na poziomie ponad 400 milionów, dlatego jej SCL przed sprzedażą aktywów (uruchomieniem dźwigni finansowej – przyp. red) był ujemny – wyjaśniają kibice Barcelony z grupy El Cor Blaugrana, zajmującej się marketingiem i sprawami finansowymi Barcelony.

Fani FC Barcelona podczas tournée po USA
fot. Michael Reaves/Getty AFP/East News

Co warto podkreślić, finansowe fair play prowadzone przez La Ligę jest zdecydowanie ostrzejsze niż FFP wprowadzone przez UEFĘ. Więcej – w lidze francuskiej takie zasady w ogóle nie obowiązują, a w angielskiej są obchodzone przez kreatywnych księgowych. W La Lidze „economical control” działa od 2013 roku; w teorii ma chronić kluby przed niekontrolowanymi wydatkami, a w konsekwencji bankructwem, które w ostatnich latach musiało ogłosić Deportivo La Coruña, Racing Santander, Real Zaragoza, czy Albacete. Problem w tym, że przez obecne regulacje problemy mają także kluby ze „zdrowym” budżetem, jak np. Real Betis. Szacuje się, że w całej La Lidze do piątku nie zarejestrowano ok. 25% nowych zawodników. Powodem są właśnie regulacje, przez które klubowi księgowi mają ogromne problemy.

- Liga hiszpańska ma najbardziej surowe przepisy, jakie obowiązują w Europie. We Francji w ogóle ich nie ma, zostaną wprowadzone za dwa lata, europejskie prawo finansowego fair play zostanie zmienione od sezonu 2024/25. To sprawia, że takie kluby jak Atletico czy Sevilla przed 30 czerwca, gdy kończy się sezon sportowy i finansowy, łatają dziury w budżecie i nie mogą wykazać strat, przez co muszą sprzedawać piłkarzy lub szukać zysków komercyjnych. Sevilla, aby załatać dziurę z tego sezonu, musiała znaleźć 50-60 milionów euro netto. Sprzedała Diego Carlosa i Julesa Kounde. Tak samo Valencia. Wiele klubów poza Realem Madryt i być może Realem Sociedad, by sprostać przepisom FFP musi przed końcem roku finansowego, musi uzdrowić swoje rachunki. Najłatwiejszy sposób to sprzedaż piłkarzy – powiedział nam kilka miesięcy temu Rafał Lebiedziński, były dziennikarz i delegata La Ligi ds. rozwoju biznesu międzynarodowego.

Jak pandemia zrujnowała Barcelonę

Z powodu ogromnych długów Barcelony jej squad cost limit przed poprzednim sezonem (2021/22) wynosił minus 144 miliony euro. By spełniać wymogi La Ligi, suma wydatków Barcelony na pierwszy skład musiała osiągnąć najwyżej 70 procent przychodów netto, podczas gdy sięgała ona już ponad 100 procent. Zamiast sprowadzać zawodników, klub musiał ciąć pensje, przekładać wypłacanie pensji na później, sprzedawać i wypożyczać piłkarzy, a także szukać dodatkowych pieniędzy, np. z tzw. dźwigni finansowych.

Na tym nie koniec problemów. Raporty finansowe opublikowane na koniec zeszłego roku pokazywały, że były mistrz Hiszpanii nie spełnia jeszcze dwóch zasad finansowego fair play ligi. Barcelona była bowiem o 387 mln euro poniżej progu rentowności (wymagane jest utrzymanie się powyżej progu), a do tego dług netto przewyższał przychody klubu. Zarząd stanął przed koniecznością zwiększenia przychodów i ograniczania wydatków, by w kolejnych sezonach wskaźnik długu powrócił poniżej 100 proc.

Zaległości Barcelony wyszły na jaw, gdy w trakcie pandemii koronawirusa klub stracił znaczną część dochodów - z biletów, sklepów itd. W tamtej sytuacji na budżecie jeszcze mocniej zaczęły ciążyć kontrakty, które Josep Maria Bartomeu, poprzedni prezydent Barcelony, podpisywał z piłkarzami, zawyżając ich zarobki. Na Camp Nou trafiali zawodnicy, którzy byli znacznie przepłacani, a piłkarze z tzw. starej gwardii – Gerard Pique, Jordi Alba, Sergio Busquets – pomimo oczywistej jakości zarabiali kwoty, których nie zapłaciłby żaden klub chcący zachowywać zdrowe proporcje w budżecie płacowym.

Z powodu pandemii koronawirusa Barcelona straciła 203 miliony euro przychodu w sezonie 2019/2020 i 244 miliony w kolejnym. Zanim zamknięto stadiony, władze Blaugrany ogłosiły, że klub niebawem osiągnie pułap miliarda euro rocznego przychodu. Skończyło się jednak na tym, że Barcelona zamiast dziewięciocyfrowych wyników na koncie na koncie musiała się wstydzić długów sięgających właśnie takich kwot.

Na klub z powodu złamania zasad „ekonomicznej kontroli” została nałożona tzw. zasada ¼. La Liga ustaliła bowiem, że w przypadku przekroczenia „squad cost limit” drużyna może wydawać jedynie 25 procent zysków uzyskanych np. ze sprzedaży zawodnika. Pozostała część musi zostać przeznaczona na spłatę długu. Dodatkowo, jeśli drużyna sprzedaje zawodnika, którego pensja stanowi ponad 5 procent limitu kosztów składu, wówczas klub może przeznaczyć na transfery 50 procent zysków. Dla Barcelony oznaczało to, że zanim klub nie zostanie wsparty kilkuset milionową kwotą, pochodzącą np. z tzw. dźwigni, sprowadzenie jakiegokolwiek zawodnika będzie bardzo utrudnione. 

Krótki zysk, długotrwały ból

W obecnej sytuacji finansowej klubu ratunkiem mogła być m.in. powolna odbudowa i bazowanie na zawodnikach, którzy wychodzą z akademii La Masia, lub nagły zastrzyk gotówki pochodzący ze sprzedaży aktywów. Wybrano drugi wariant. Kibice z jednej strony doceniają to, że prezydent Laporta za wszelką cenę ratuje klub, a z drugiej podkreślają, że ryzykuje on przyszłość Blaugrany na rzecz krótkotrwałego zysku.

Do tej pory Barcelona uruchomiła cztery tzw. dźwignie finansowe. Sprzedała 25 procent swoich praw telewizyjnych na 25 lat za łączną kwotę 670 milionów euro. Do tego klub przehandlował już 49 procent Barca Studios, agencji zajmującej się sprzedażą online i produkcjami audiowizualnymi. Za te transakcje - dwa razy po 24.5 procent - Barcelona dostała łącznie 200 milionów euro. W przypadku Barca Studios klub pozbył się własności już na zawsze, podczas gdy prawa TV wrócą do niego za 25 lat.

- Po pierwsze, uważamy, że właściwym terminem nie jest "dźwignia", ale sprzedaż aktywów. Prawa telewizyjne to mniej lub bardziej stabilne przychody, które nie zależą od klubu, bo są negocjowane przez La Ligę. Ale sprzedaż Barca Studios w 100 proc. zależy od klubu. Oddanie BS może uderzyć w niego w krótszej perspektywie: Barca Studios, która jest w zasadzie platformą online, mogła pomóc Barcelonie w zdobyciu informacji o kibicach i pozyskaniu doświadczenia w e-commerce. Dziś mamy go mało – ta działalność klubu generuje tylko 10 proc. przychodów ze sprzedaży produktów kibicowi, podczas gdy reszta pochodzi z zakupów na Camp Nou czy w sklepach Barcelony. Teraz Barca Studios będzie pozostawało w praktyce w praktyce w rękach osób trzecich, przez co jej potencjał jest ograniczony. Możliwe, że BS została sprzedana dla szybkiego zysku, a nie po to, by rozwijać ten biznes – twierdzą kibice z grupy El Cor Blaugrana.

Właściwym terminem nie jest "dźwignia", a sprzedaż aktywów

Podobną opinię wyraził Marc Duch, dziennikarz magazynu Mirall i radia La Sotana z Barcelony, a także jeden z kibiców Blaugrany, czyli tzw. cules. - Wiele osób jest obecnie nastawionych optymistycznie, ale nie ja. Bardzo martwi mnie to, jak władze zarządzają finansami klubu. Moim zdaniem sprzedajemy aktywa klubu, by jak najszybciej stworzyć sobie możliwość dokonywania transferów do pierwszej drużyny. Płacimy za to wysoką cenę - twierdzi Duch.

Według dziennikarza z Barcelony, z powodu dźwigni klub straci rocznie ok. 70 milionów euro. -Tego nie będzie się już dało ukryć. Dla mnie jest jasne, że wydajemy swoje przyszłe wpływy, by dokonać transferów teraz. To piłka, nie wiadomo, jak potoczą się sprawy. Sprzedajemy zyski, by dostać szansę. Podkreślam – szansę, nie coś pewnego. Jeśli wszystko potoczy się dobrze, po latach będziemy w stanie spłacić ten dług. Jeśli nie, trzeba będzie sprzedawać kolejne aktywa. Nie ukrywam, że jestem tym przestraszony – stwierdził.

Joan Laporta przyznał, że gdyby miał wybór nie sprzedawałby praw TV, ani części Barca Studios. - Byliśmy w skrajnej sytuacji i musieliśmy to zrobić. Inni proponowali nam sprzedaż praw telewizyjnych na 50 lat, a my je sprzedaliśmy na 25. Teraz już jako klub wyszliśmy ze szpitala i mamy dużo chęci do działania. W każdym razie ta sprzedaż aktywów w żadnym wypadku nie naraża na ryzyko ani teraźniejszości, ani przyszłości, ani formy prawnej klubu - uspokajał prezydent klubu.

Joan Laporta i Robert Lewandowski
fot. PAU BARRENA/AFP/East News

Do momentu rozpoczęcia sezonu Barcelona wydała już na transfery 153 miliony euro. Mówi się, że na tym nie koniec, bo klub będzie chciał sprowadzić kolejnego zawodnika – Bernardo Silvę – za którego trzeba zapłacić przynajmniej ponad 60 milionów euro. Bliski transferu na Camp Nou jest też obrońca Chelsea, Marcos Alonso.

„Czy wystarczy na rejestrację?”

Jak podaje radio Cadena Ser, pieniądze za sprzedaż praw TV oraz własności Barca Studios nie będą w całości przeznaczane na transfery, uregulowanie squad cost limit czy spłatę długów. “15 procent zostanie przeznaczone na zwiększenie limitu płacowego, 70 na poprawę infrastruktury, czyli remont Camp Nou, a 15 procent na obsługę długu” – twierdzą hiszpańscy dziennikarze.

Te proporcje mogą się zmienić. Media w tym tygodniu informowały, że La Liga nieco inaczej niż Barcelona wyliczyła wartość aktywów, czyli praw TV i Barca Studios, przez co Barcelona pomimo sprzedaży dalej będzie miała kłopoty finansowe.

Atak na Frenkiego de Jonga

Innym sposobem Barcelony na wyjście z finansowych tarapatów jest sprzedaż zawodników. Od kilkunastu tygodni niemal codziennie słyszymy o zainteresowaniu Manchesteru United i Chelsea Frenkiem de Jongiem. Pomocnik Barcelony miałby kosztować ponad 70 milionów euro, a także uwolniłby klub od zaległej pensji, którą trzeba mu wypłacić w tym sezonie.

De Jong we wrześniu 2020 roku, tuż przed odejściem prezydenta Bartomeu, podpisał bowiem umowę na mocy której część jego pensji zostanie mu wypłacona w sezonie 2022/23. Jak podają media, jest to ok. 17 milionów euro. Według dziennikarzy The Athletic, Barcelona przekazała Frenkiemu de Jongowi, że chce anulować obecnie obowiązujący kontrakt piłkarza z klubem, gdyż – według opinii działu prawnego – przy jego podpisaniu doszło do naruszenia prawa.

Holender pomimo obecnej sytuacji chce kontynuować grę w Barcelonie. Cieszy się zaufaniem Xaviego i zdecydował, że nie przyjmie żadnej oferty Manchesteru ani Chelsea. W tej sytuacji na ratunek musiała przyjść czwarta dźwignia finansowa, czyli sprzedaż kolejnych 24.5 procent własności Barca Studios. Dopięcie transakcji zostało ogłoszone w piątek po południu. 

To, co do tej pory czuję w Barcelonie, to czyste szczęście

Czy biorąc pod uwagę sytuację Barcelony, Robert Lewandowski słusznie wybrał grę na Camp Nou zamiast korzystać innych propozycji, chociażby z Chelsea czy PSG?

- Nikogo nie trzeba przekonywać, by tu przechodził – uważa Marc Duch. Dodaje: Każdy piłkarz z topu z każdego końca świata chce grać dla klubów takich jak Barcelona czy Real. Miasto, klub, projekt Xaviego... Za odpowiednią pensję każdy zawodnik na świecie chciałby tu przyjść.

To, że zamieszanie związane z kadrą i finansami zeszło w trakcie transferu na dalszy plan widać też po jednej z wypowiedzi Roberta Lewandowskiego. W rozmowie z katalońskim dziennikiem "Diario Sport" piłkarz powiedział: – Czuję się jak małe dziecko, które właśnie weszło do sklepu z zabawkami. To, co do tej pory czuję w Barcelonie, to czyste szczęście – stwierdził.

Paweł Żurek
Paweł Żurek

W RadioZET.pl pracuje od stycznia 2019 roku. Lubi oglądać piłkę nożną i wszystkie inne dyscypliny, w których Polska ma swoją reprezentację. Wolny czas najchętniej spędza z rodziną. Jeśli akurat nie ma jej w pobliżu, gra w piłkę, czyta powieści lub ogląda ligowe zmagania klubów z Ekstraklasy i La Ligi.