Zamknij
Grzegorz Piechna
Grzegorz Piechna podczas meczu Korona-Legia, 29.4.2006
fot: DAREK REDOS/REPORTER/East News
ŻYCIE PO EKSTRAKLASIE

Byli królowie strzelców po latach. „Pilnuj pracy, piłka to tylko przygoda”

Mikołaj Pietraszewski
Mikołaj Pietraszewski Redaktor Radia Zet
14.10.2021 14:43
14.10.2021 14:43

Gdy Marek Koniarek zdobywał najwięcej bramek w polskiej lidze, na ekranach kin królowały "Młode Wilki" i "Pułkownik Kwiatkowski". Gdy najskuteczniejszy był Sylwester Czereszewski, nadal mogliśmy mieszkać w województwie krośnieńskim, pilskim czy legnickim. Gdy klasyfikację strzelców wygrywał Grzegorz Piechna, od zaledwie dwóch lat byliśmy członkiem Unii Europejskiej, a funkcję wicepremiera pełnił ś.p. Andrzej Lepper.

Jeden został przy futbolu, w swoim macierzystym klubie był nawet dyrektorem. Drugi kocha obydwie drużyny, w których kiedyś występował, ale wspiera je tylko jako kibic. Trzeci bywa na meczach, ale większość czasu zajmuje mu praca daleka od futbolu. Trzech mężczyzn, po 40-tce i przed 60-tką. Trzy różne części Polski. Każdy ma inną biografię i sobie tylko właściwy sposób opowiadania o tym, co było i co jest.

Nie bywali w kopalni

Marek Koniarek (ur. 1962). Grał m.in. w GKS-ie Katowice i Widzewie Łódź. Z tym pierwszym klubem wicemistrz i zdobywca pucharu Polski, z drugim mistrz kraju oraz król strzelców z 1996 roku (29 bramek). Grał też w Niemczech i Austrii. W kadrze narodowej wystąpił dwukrotnie. Przez wiele lat w trenerce. m.in. w swoim byłych klubach, ostatnio w Rozwoju Katowice.

- Może telefon? Po co pan się będzie fatygował do Katowic? – mówi, kiedy rozmawiam z nim pierwszy raz. Do Marka Koniarka nie było trudno dotrzeć, choć mało go w mediach. Po zakończeniu kariery, w przeciwieństwie do wielu dawnych kolegów z boiska, nie został ekspertem telewizyjnym. Kilka lat temu w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego” opowiedział o kilku poważnych operacjach nogi. Jak sam wtedy mówił, „ma szczęście, że jeszcze żyje”. Od niedawna prowadzi zaś rodzinny warsztat samochodowy, który przejął po zmarłym ojcu. Na co dzień opiekuje się też mamą, która porusza się na wózku inwalidzkim.

O początkach na boisku również opowiada pobieżnie. Najpierw był Hetman Dąbrówka Mała, jego dzielnicowy klub z Katowic. Potem Siemianowiczanka, Szombierki Bytom i w końcu GKS. - Bałem się, bo tam był już określony skład. Nie byłem pewien, czy się przebiję, ale potem już samo poszło. Kubisztal, Koniarek, Furtok, fajny atak. Dobrze nam się grało razem – opisuje czas spędzony w Górniczym Klubie Sportowym.

No właśnie, Górniczym. W Polsce Ludowej normalną praktyką było wpisywanie piłkarzy na listy płac zakładów pracy, które sponsorowały klub. Z tego powodu zawodnicy grający na Śląsku mieli etaty w kopalniach. W przypadku GKS-u w Kopalni Węgla Kamiennego „Katowice”. - Na dół nigdy żeśmy nie zjechali. Zawsze kierownik Olsza przywoził nam pieniądze. 

„Na niego nie było siły”

Prezesi? W pamięci został mu przede wszystkim Marian Dziurowicz, który przez lata rządził GKS-em, a w latach 90. całą polską piłką, stojąc na czele PZPN. Postać kontrowersyjna – oskarżano go m.in. o zamordyzm i nadużycia finansowe, choć te drugie zarzuty nigdy w pełni się nie potwierdziły. 

- Z Dziurowiczem było tak, że jak on powiedział, tak miało być. Twarda ręka. Dobry człowiek, ale z zasadami – opisuje dawnego szefa Koniarek. Wspomina pojedynek z Olimpią Poznań. GKS przegrywa do przerwy 0:1, a wściekły prezes wpada do szatni i krzyczy „Co, kurwa, myśleliście, że nie widzę?”. Okazało się, że podejrzewał ich o sprzedanie meczu. Ostatecznie Ślązacy doprowadzili do remisu.

Marek Koniarek grał m.in. w GKS-ie Katowice i Widzewie Łódź. Z drugim klubem zdobył tytuł króla strzelców Ekstraklasy.

Opowiada, jak Dziurowicz wezwał go kiedyś do gabinetu. Koniarek miał ofertę z lokalnego rywala, Górnika Zabrze. To był wówczas najlepszy klub w Polsce, regularnie zdobywający mistrzostwa kraju i taśmowo produkujący zawodników kadry narodowej. Jednocześnie znienawidzony w Katowicach. - Prezes powiedział: „Jak chcesz, możesz iść do Górnika”. Po czym wyciągnął mapę i spytał: „A do wojska gdzie chcesz iść? Nad morze, w góry, wschód, zachód?”.

Szef dał mu w ten sposób do zrozumienia, że jeśli odejdzie z Katowic, to zostanie przymusowo wcielony do wojska. Dla Dziurowicza załatwienie tego nie stanowiłoby żadnego problemu. Groźba poskutkowała, bo Koniarek nie trafił ani w „kamasze”, ani do Zabrza.

Czystość, dyscyplina, paszporty

Pierwszy raz, żeby grać w piłkę, na Zachód wyjechał pod koniec PRL-u, w 1988 roku. Republika Federalna Niemiec, Rot-Weiss Essen. Wtedy nie zachwycił. Przez 2,5 sezonu rozegrał niespełna 40 meczów, zdobył 4 bramki. Mówi, że to przez kontuzje. Ale podkreśla, jak duża była różnica między polską I ligą, a 2. Bundesligą.

- Czystość, dyscyplina, organizacja, już nie mówię o sprzęcie. Prawdziwa szkoła. I trochę niemieckiego się nauczyłem – przyznaje. Ta umiejętność przyda mu się po latach, gdy ponownie wyjedzie za granicę, tym razem do Austrii. Ale tam też wielkiej kariery nie zrobi.

Mógł zresztą wyjechać rok wcześniej. Gdy katowiczanie grali w nieistniejącym już Pucharze Zdobywców Pucharów z FC Sion, Szwajcarzy chcieli go podkupić, bo w pierwszym pojedynku strzelił im dwa gole. W hotelowej windzie, tuż przed meczem rewanżowym, kusili wielkimi pieniędzmi. Ale do niczego nie doszło, bo wspomniany już tutaj kierownik Olsza zabrał jemu i pozostałym zawodnikom paszporty.

Potem był Widzew, drugi najważniejszy moment w jego karierze. Z uwagi na pochodzenie, nie miał tam łatwego startu. - Jak przyszedłem do Widzewa, to mnie tak potraktowali, jakbym nie wiem skąd, kurwa, był! To w Niemczech mnie lepiej traktowali. A to dlatego, że byłem ze Śląska – nie owija w bawełnę.

Najskuteczniejszym królem strzelców najwyższej klasy rozgrywek piłkarskich w Polsce był Henryk Reyman (1937, Wisła Kraków). Zdobył w jednym sezonie aż 37 goli.

Zaufał mu jednak Władysław Żmuda, ówczesny szkoleniowiec łodzian. Koniarek dopiero udaną postawą na boisku zaczął zyskiwać szacunek i sympatię kolegów. - Potem mnie w szatni pytali, jak jest coś tam po śląsku, a ja im tłumaczyłem, że tak, a tak. - Byłem bardziej pewny siebie. A wie pan dlaczego? Bo bramki strzelałem, grą się broniłem.

„Tu trzeba na nich usiąść”

Choć wylosowanie w Pucharze UEFA Eintrachtu Frankfurt - drużyny znanej na kontynencie i utytułowanej - zapowiadało ciężką przeprawę, w pierwszym spotkaniu Widzew walczył jak równy z równym. 2:2 w Łodzi budziło przed rewanżem w Niemczech sporo nadziei. - Pamiętam, że dzień przed oglądaliśmy mecz jakieś bułgarskiej drużyny z węgierską. Tam było 7:2 i mówimy: „Kurde, jak można strzelić siedem bramek”. A się okazało, że można więcej - wspomina.

Jeśli wierzyć słowom Koniarka, to Eintracht mieli rozpracowany w każdym, najdrobniejszym szczególe. - Wszystko o nich wiedzieliśmy. Nawet to, jaki kto ma kolor włosów. A potem wychodzimy, zaczyna się mecz i wtedy… jedna bramka, druga, trzecia, czwarta – wylicza. - Tomek Łapiński (obrońca Widzewa – przyp. red) do mnie podchodzi i mówi: „Marek, ty znasz niemiecki, weź im powiedz, żeby już przestali strzelać”.

- A najlepsze, że na rozgrzewce trener Żmuda zagaił do mnie: „Marek, zobacz jak wy dobrze wyglądacie, zapieprzacie elegancko, a oni co? Stoją i się patrzą tylko”. A stało się, jak się stało. Zabawnie było też w przerwie meczu. Drużyna przegrywała po 45 minutach 0:6, nic więc dziwnego, że morale leżało na podłodze. Wtem do szatni wparował ówczesny właściciel Widzewa Andrzej Grajewski. - My tu już na nic nie mamy ochoty, a prezes do nas: „Panowie, tu jeszcze nic straconego, tu trzeba na nich usiąść”. - Kupa śmiechu, ale on to mówił na serio – opowiada Koniarek.

Tomek Łapiński (obrońca Widzewa – przyp. red) do mnie podchodzi i mówi: „Marek, ty znasz niemiecki, weź im powiedz, żeby już przestali strzelać"

W pewnym momencie szkoleniowiec łodzian wpadł na pomysł, żeby wymienić bramkarza – Piotra Wojdygę miał zastąpić Andrzej Kretek, ale ten odmówił. „Ja nie, dziękuję!” – miał powiedzieć, obawiając się, że wymiana golkipera nie sprawi, że gospodarze przestaną strzelać. Potem kibice innych polskich drużyn podczas meczów z Widzewem kpiąco skandowali czasem, „09 zgłoś się”, nawiązując do tytułu popularnego serialu kryminalnego o przygodach porucznika Borewicza.

„Normalna praca, jak każda inna”

Po zakończeniu kariery Koniarek poszedł w trenerkę, gdzie szło mu ze zmiennym szczęściem. Prowadził obydwa swoje byłe kluby – z GKS-em spadł do drugiej ligi, z Widzewem utrzymał się na najwyższym poziomie. Potem już jednak wypadł z ekstraklasowej karuzeli i działał na niższych szczeblach, m.in. kilkakrotnie obejmując Rozwój Katowice.

Kibice GKS-u i Widzewa wybrali go do „jedenastek” wszech czasów. W Katowicach jest na prawie każdym meczu. – Choć bardziej kojarzą mnie z Widzewem, to trochę problem – przyznaje. Futbol z tamtych lat ocenia lepiej niż współczesny. - Teraz piłka jest taka bardziej agresywna, szybka, dynamiczna. Ale pod względem jakości, to w latach 80. i 90. byli lepsi piłkarze. Dziś jest więcej wyrobników, takich chaotycznych.

Marek Koniarek (z lewej) podczas meczu GKS Katowice w 2019 r.
fot. Michal Dubiel/REPORTER/East News

- Miał pan wtedy poczucie, że jako piłkarze macie lepiej niż reszta kraju? - Nie, normalna praca, jak każda inna. Niech mi pan wierzy, wcale nie było wtedy jakichś wielkich pieniędzy. Może trochę więcej niż inni zarabiali, ale nie jakoś przesadnie – zarzeka się.

- Żałuje pan, że nie urodził się np. 20-30 lat później? - Żałuję. Gdybym teraz grał, to inaczej by to wyglądało, finansowo i w ogóle. Widzę, jak się niektórzy kopią po czole i zarabiają takie pieniądze, że szok. Jacyś piłkarze z trzecich lig hiszpańskich, portugalskich. Kiedyś by u nas nie zaistnieli, a teraz to grają pierwsze pióra – żali się. Ale zaraz dodaje: - To nie wina tych chłopaków ani nawet menadżerów, tylko prezesów, to jest dramat. Nie chcę nikomu wchodzić do portfela, ale jeśli chcesz tyle zarabiać, musisz coś sobą prezentować – kończy.

2:0 to najbardziej niebezpieczny wynik

Sylwester Czereszewski (ur. 1971). W Polsce znany przede wszystkim z występów w Stomilu Olsztyn i Legii Warszawa. Z tym drugim klubem mistrz Polski i najlepszy strzelec Ekstraklasy z 1998 roku. Jeden z pierwszych polskich piłkarzy grających w Chinach. 23-krotny reprezentant Polski. Gdy się spotkaliśmy, był jeszcze asystentem I trenera Stomilu Olsztyn, a potem przez kilka miesięcy nawet dyrektorem sportowym byłego klubu. Od lat prowadzi też szkółkę piłkarską.

- Wiedziałem, że mam talent, ale nie miałem ciśnienia, że muszę być w kadrze czy w najlepszych klubach. Żyłem trochę z dnia na dzień. Nawet do Stomilu przyszedłem dopiero w wieku 17 lat, bardzo późno – zaczyna opowieść o początkach swojej kariery Sylwester Czereszewski.

Rozmawiamy w budynku klubowym Stomilu Olsztyn. Infrastruktura przypomina jeszcze nieco lata 90.: fasada dawnego hotelu bez tynku zewnętrznego, a obok elewacja stadionowa z drukami wielkoformatowymi. Uwagę zwraca klubowy herb i napis „Duma Warmii”. Wewnątrz budynku ściany dawno nieodnawianego korytarza mają krzykliwy, pomarańczowy kolor. W pokoju, w którym siedzimy jest dość chłodno, mimo to zdejmujemy kurtki.

- Przykład dał mi Tomek Wieszczycki (b. piłkarz Legii, Polonii, ŁKS-u – przyp. red.), mój rocznik, który już wcześniej grał w I lidze. Pewnego dnia otwieram gazetę, a on wywiadu udziela. Pomyślałem „Boże, gdzie ja jestem”. Bo ja jeszcze wtedy ciągle grałem w Klewkach – mówi.

Wybił się właśnie w Stomilu, który poprowadził do Ekstraklasy i jako pierwszy gracz w historii klubu trafił do reprezentacji. Ale piłkarsko Olsztyn szybko zrobił się dla niego za ciasny. Wyzwania czekały 200 km na południe. W Legii Warszawa. 

Trafił tam zimą 1997. Już w pierwszym sezonie mógł świętować mistrzostwo, ale Legia wypuściła tytuł z rąk na własne życzenie. W decydującym meczu, prowadząc u siebie z Widzewem 2:0 jeszcze w 85 minucie, w samej końcówce straciła trzy gole i złote medale powędrowały do Łodzi.

 Do dziś ten mecz to dla „legijnej” części Warszawy nieprzepracowana trauma. A Czereszewski prawie został bohaterem, zdobywając drugą bramkę. - Nawet koszulkę zdjąłem, bo myśleliśmy, że już wszystko pozamiatane. Ale jak to mówią, 2:0 to najbardziej niebezpieczny wynik – ironizuje.

Tarchomin, bo blisko do Olsztyna

W Warszawie, z przerwami, spędził prawie pięć lat. Najpierw na Powiślu, blisko centrum i Wisły, potem kupił mieszkanie na Tarchominie – północnych rubieżach miasta. - Śmiali się ze mnie, że specjalnie przeprowadziłem się na północ, by mieć bliżej do Olsztyna – przyznaje.

Choć ma sentyment do stolicy, nie wciągnęło go nocne życie. - Wiadomo, że się piło i imprezowało, nawet jeszcze w Stomilu, ale wszystko z umiarem. Można iść na piwko, bo to regeneracja, zwłaszcza jak do następnego meczu jest tydzień.

Sylwester Czereszewski podczas meczu w Legii Warszawa w 2002 r.
fot. Reporter Poland/East News

- Tylko jak się ktoś wódki nażłopie, to potem ciężko. Wódka najdłużej zostaje w organizmie. – Na imprezy w tygodniu szło dużo chłopaków… - Słabe charaktery? - Nie wiem. Myślę, że gdyby nie grali w piłkę, to też byliby alkoholikami – stwierdza. I dodaje: - W moich czasach niektórzy woleli kupować drogie, wypasione samochody, takie za 150 tysięcy. Ja wolałem kupić dwie kawalerki w Olsztynie. Ten, co sobie kupił auto, pewnie już nie ma. Sprzedał za 40 tysięcy albo coś. A moje mieszkania nadal stoją.

Żałuje, że nie wyjechał do dobrej zachodniej ligi. Po tym, jak w czerwcu 1999 strzelił dwie bramki Bułgarom w eliminacjach mistrzostw Europy, był na ustach całej Polski. Pojawiły się pogłoski o niemieckiej Bundeslidze, wówczas – pod względem sportowym i finansowym – ziemi obiecanej polskich piłkarzy. Na radarze były TSV Monachium i Borussia Dortmund. Ale ówcześni właściciele Legii – koncern motoryzacyjny Daewoo – nie puszczali swoich graczy za granicę tak łatwo. Mieli obsesję na punkcie wygrania ligi.

Legii udało się to dopiero w 2002, rok po tym, jak Koreańczycy sprzedali klub. W składzie był oczywiście bohater tego tekstu. Epizody zagraniczne „Czereś” w końcu jednak zaliczył. W jego CV przykuwa uwagę zwłaszcza pobyt w Chinach – dziś popularny dla piłkarzy z Europy i Ameryki kierunek, wtedy jeszcze dość egzotyczny. Czereszewski spędził rok w Jiangsu Suning, drużynie z 8-milionowego Nankin.

Wiadomo, że się piło i imprezowało, nawet jeszcze w Stomilu, ale wszystko z umiarem. Można iść na piwko, bo to regeneracja, zwłaszcza jak do następnego meczu jest tydzień

- Dbali o zawodników, wszędzie wozili busami, gdzie indziej graliśmy, gdzie indziej trenowaliśmy. Praktycznie na każdy mecz lataliśmy samolotem – przywołuje swoje pierwsze wrażenia. - Jasne, że miałem czasem chwile zwątpienia, czy nie wrócić do Polski. Ale żona regularnie przylatywała, jakoś to szybko zleciało. Wspomina lokalną kuchnię. – Tam chińszczyzna jest inna, zdrowsza, bardziej surowa. Choć na przykład pieczywa to oni prawie wcale nie jedzą.

Miał za to osobliwy zwyczaj. – Chodziłem raz na miesiąc do Sheratona, żeby posiedzieć i popatrzeć na ludzi z Europy. Żeby nie zapomnieć, jak wyglądają – śmieje się. - W Pekinie byłem, Mur Chiński też widziałem… - I jak wrażenia? - Nic specjalnego. Pospacerowałem 100 metrów wzdłuż i zawróciłem – mówi rozbawiony.

Cygaro prezesa

O ile jednak okres spędzony w Chinach Czereszewski wspomina dobrze, o tyle niemałą traumą mógł zakończyć się dla niego epizod cypryjski. Słowo „epizod” jest tu kluczowe, bo mój rozmówca nie zdążył zaliczyć w barwach AEL Limassol oficjalnego debiutu.

- Tydzień przed startem ligi – też poroniony pomysł – graliśmy sparing, derby z Apollonem (konkurencyjna drużyna z Limassolu – przyp. red). U nas to jest jeszcze jakiś szacunek do rywali, a tam regularna wycinka! Jeden gość mnie tak naparzał, że naderwałem więzadło. Ale też nie jakoś groźnie. Miesiąc, półtora i już bym grał. I wtedy się zaczęło - relacjonuje.

Chodziłem raz na miesiąc do Sheratona, żeby posiedzieć i popatrzeć na ludzi z Europy. Żeby nie zapomnieć, jak wyglądają

- Cypryjczycy, wiadomo, gorące głowy. Wpadli w panikę, że nie będę grał, a kontrakt podpisany na trzy lata. Zaproponowali bilety powrotne dla mnie i dla żony. Taka rekompensata, żebym już nie musiał kupować – nie potrafi ukryć swojego rozbawienia. 

- I tyle? Chcieli pana spławić? - Chcieli zobaczyć, co zrobię. Szybko znalazłem prawnika – zresztą takiego, co współpracował z klubem – i poszedłem na spotkanie. Oni zaskoczeni. Prezes prawie udusił się cygarem, myślałem, że je połknie. Ostatecznie tamtejszy sąd zdecydował, że Czereszewski dostanie część pieniędzy z tytułu trzyletniej umowy. Co ciekawe, sprowadzili go tam jako gwiazdę. Ponoć wnikliwie śledzili Ekstraklasę dzięki Canal +. „Czereś” był zszokowany, jak przy podpisywaniu kontraktu ktoś przypomniał mu gola zdobytego dzięki zagraniu ręką w meczu z GKS-em Katowice.

Mocny reset

Po powrocie z Cypru występował w Lechu Poznań, Górniku Łęczna i Odrze Wodzisław. Karierę zakończył w 2005, choć mając 34 lata mógł jeszcze pograć. - Nie chciało mi się już jeździć po małych miejscowościach – wypala szczerze, dodając, że potrzebował wtedy mocnego resetu. - Przez pierwszy rok odpoczywałem od piłki, w 2006 nie wiedziałem, kto został mistrzem Polski. Mistrzem została wtedy…Legia Warszawa.

Bał się perspektywy życia bez piłki? – Nie, byłem wychowany w normalnej, robotniczej rodzinie, umiałbym się odnaleźć. Wiadomo, że niektórym odwala i wtedy jest dramat. Myśli, że jak jest piłkarzem, to zawsze będzie żył na wysokim standardzie. A potem nagle zeskok i „o Boże, co ja będę teraz robił”.

Sylwester Czereszewski jako trener Stomil Olsztyn w 2019 r.
fot. Artur Szczepanski/REPORTER/East News

- Trochę inwestowałem. Może nie tak, jak Lewandowski, ale jedno mieszkanie kupiłem, drugie, trzecie. Akurat w 2006 urodził mi się syn, więc miałem się czym i kim zająć. Żona otworzyła firmę – wymienia. Od 2008 roku prowadzi Akademię Piłkarską Czereś Sport.

- Dużo ludzi mi mówiło, że nie wykorzystywałem tego, że jestem piłkarzem. Bo mnie w ogóle nie kręciło. Ale czasem pomaga – twierdzi. - A panu kiedyś pomogło? - Kiedyś ktoś mnie z Mariuszem Czerkawskim pomylił.

Okazało się, że policjant źle przeczytał jego nazwisko i myślał, że ma do czynienia ze słynnymi polskim hokeistą. - Nie wyprowadziłem go z błędu i nie dostałem mandatu. Spytał mnie jeszcze, jak tam u żony, to mu powiedziałem, że u Izy (Scorupco, aktorki i gwiazdy "Ogniem i mieczem" – przyp. red.) wszystko w porządku – kontynuuje z uśmiechem na ustach. Ale sekundę później markotnieje.

Dużo ludzi mi mówiło, że nie wykorzystywałem tego, że jestem piłkarzem. Bo mnie w ogóle nie kręciło

- W pewnym momencie dużo ludzi się do mnie przyczepiło: „Weź spytaj, weź załatw bilet, ja ci załatwię to i tamto”. Takie przydupasy, męczyciele. Na początku to łykałem, ale potem sobie pomyślałem: „Kuźwa, czemu mam to robić”? - A politycy chcieli się kiedyś do pana przyczepić? - Raz miałem taką sytuację i żałowałem. Jakiś sportowiec, mniejsza o nazwisko, nawet nie pamiętam czy startował z PiS-u czy z PO. Wystąpiłem w jego spocie wyborczym. Potem mnie wszyscy zdziwieni pytali: „Ty ich popierasz?” A ja jestem apolityczny. Mój błąd, trzeba było sprawdzić.

Polityka nigdy go nie ciągnęła. - Gdzie tam! Siedzenie, gadanie, picie kawy, chodzenie pod krawatem i udawanie, że jest zajebiście, to nie dla mnie. Ale polityką i tak kończymy naszą rozmowę.

- Coś było na rzeczy – mówi Czereszewski, gdy pytam o Klewki, podolsztyńską wieś, w której się wychował. Kilkanaście lat temu stała się ona słynna dzięki doniesieniom o rzekomym, działającym w okolicy, tajnym więzieniu CIA, gdzie Amerykanie mieli przetrzymywać i torturować arabskich terrorystów.

 - W bloku nad moimi rodzicami mieszkał brygadzista, który zarządzał tamtejszym PGR-em. Mówił: „Pani Czereszewska, byli, ale cicho, bo to się zaraz rozejdzie”. - Tam są tak: Klewki, tory, boisko i jezioro. Lądowali pod Szczytnem, robili transport, nikt ich nie słyszał, tych samolotów, bo to było 3 km za lasem, przy jeziorze. Sprawa nie do końca wyjaśniona. Lepper niby tak sobie chlapnął i parę lat później zginął? Dziwne – podsumowuje.

„Piłka to tylko przygoda”

Grzegorz Piechna (ur. 1976). Jedyny w historii polskiego futbolu król strzelców czterech najwyższych szczebli rozgrywkowych. Najlepszy strzelec Ekstraklasy 2006 (21 goli w barwach Korony Kielce). Grał też w m.in. Polonii Warszawa oraz w Rosji i Grecji. Obecnie zatrudniony w rodzinnej firmie handlującej węglem.

- Imbir z miodem, koniecznie – radzi mi, gdy muszę przełożyć nasze spotkanie w Opocznie z powodu przeziębienia. Ostatecznie do niego nie dochodzi. Zdzwaniamy się kilkanaście razy, ale ciągle jest w rozjazdach. Nie może zagwarantować, że danego dania, o konkretnej porze znajdzie dla mnie czas. Gdy po kilku miesiącach w końcu się udaje, ustaliliśmy, że „załatwimy to przez telefon”.

Grzegorz Piechna to w polskiej piłce absolutny fenomen. Jedyny w historii najlepszy strzelec pięciu szczebli rozgrywkowych – od okręgówki do Ekstraklasy. W której zresztą zadebiutował późno, bo dopiero w wieku niespełna 29 lat. Przyznaje jednak, że z pierwszej szansy na wejście do profesjonalnego futbolu nie skorzystał. Grał wówczas w lidze okręgowej, w Woy Bukowiec Opoczyński (woj. łódzkie).

- Miałem 17-18 lat. Chcieli mnie do Radomska, które grało w II lidze. Wzięli mnie nawet na testy. Strzeliłem gola w sparingu. Powiedzieli: „Decyduj się, bo zaraz jedziemy na obóz”. - Wróciłem do rodziców i mówię, że mam taką propozycję. A oni na to: „Pilnuj pracy, bo to najważniejsze, z tego masz pieniądze, a piłka to tylko przygoda”. No i człowiek trochę spanikował. Ciężko było się zbuntować, potem by było, że „ostrzegaliśmy, a nie mówiliśmy” – wyznaje.

Przez długi czas sport był więc dla niego hobby, na chleb zarabiał gdzie indziej. Pracował wtedy m.in. jako zaopatrzeniowiec w masarni. Stąd na lata przylgnął do niego pseudonim „Kiełbasa”. Pierwszy profesjonalny kontrakt – z Koroną Kielce – podpisał w 2004 roku, w wieku niespełna 28 lat. Późno, jak na zawodowca.

– Jako człowiek nie miałem kompleksów. Ale trochę śmiechu wprowadziłem do drużyny, bo nie umiałem wykonać pewnych prostych ćwiczeń– przyznaje. W pierwszym sezonie z 17 golami zostaje najskuteczniejszym zawodnikiem zaplecza Ekstraklasy. Wtedy był ciekawostką, a wyczyny strzeleckie i taśmowo zdobywane tytuły z niższych lig bagatelizowano. Do czasu, gdy w rundzie jesiennej sezonu 2005/06 zdobył 16 bramek.

Grzegorz Piechna w składzie Korony Kielce w 2006 r.
fot. DAREK REDOS/REPORTER/East News

W kibicowsko-dziennikarskim świecie wybuchła istna „Piechnomania”. Wywiady, nagrody, powołanie do reprezentacji. Koledzy z drużyny nagrali nawet piosenkę na jego cześć – Grzegorz Piechna, ligi duma hej, śpiewaną na melodię "Dragostea din tei", wielkiego wakacyjnego przeboju tamtych lat mołdawskiej grupy O-Zone. Wiosną już tak często nie trafiał. - Przeciwnicy mnie przejrzeli. Na początku nikt mnie nie brał na poważnie, a tu jedna, druga, trzecia bramka, a to dwa gole, a to hat-trick. Potem już wszyscy wiedzieli, że trzeba przede wszystkim kryć Piechnę.

Spacer w kamizelce i strzały

W 2006 decyduje się na wyjazd z Polski. Mimo oferty z Wysp Brytyjskich, ostatecznie wybór pada na Rosję, konkretnie balansujące na granicy I i II ligi Torpedo Moskwa. Jak ocenia miasto? – Fajne, takie nieco mafijne – uśmiecha się. Ale zaraz dodaje, jak duże wrażenie zrobiło na nim zaplecze organizacyjne.

– Odskocznia. Dużo wyższy poziom niż wtedy u nas. Do tego jeden obóz w Amsterdamie na obiektach Ajaxu, potem miesiąc w Turcji. Polacy od paru lat mają w Rosji dobrą reputację. Gwiazdą tamtejszych rozgrywek jest pomocnik Grzegorz Krychowiak, solidną markę wyrobił sobie też lewy obrońca Maciej Rybus.

Na początku nikt mnie nie brał na poważnie, a tu jedna, druga, trzecia bramka, a to dwa gole, a to hat-trick. Potem już wszyscy wiedzieli, że trzeba przede wszystkim kryć Piechnę

Piechna się tam jednak nie przebił. W 21 ligowych meczach zdobył dwie bramki. Jego zdaniem to przez zmiany trenerów. Tego, który stał za jego transferem, zwolniono po kilku spotkaniach, a następca w zimowym przerwie sprowadził kilkunastu nowych graczy.

Wspomnienie, które najbardziej utkwiło mu w pamięci? – Czeczenia. Graliśmy z Terekiem Grozny. Przed meczem wyszliśmy na spacer wokół hotelu w kamizelkach kuloodpornych. Bez żartów. Biały dzień, a my słyszymy strzały! Co ciekawe, Terek chciał go po tamtym sezonie podkupić, ale nic dziwnego, że Piechna kategorycznie odmówił.

„Papierowy tygrys”

Z Moskwy wrócił po ponad roku. Nieudany był jednak epizod w spadającym z Ekstraklasy Widzewie (zaledwie jeden gol). Jeszcze gorzej wspomina pobyt w Polonii Warszawa. - Mogę powiedzieć z grubej rury: katastrofa pod każdym względem. Do tej pory nie uregulowano mi za dziewięć miesięcy. Niby wygrałem sprawę w sądzie polubownym, ale w międzyczasie spółka się przekształciła i sorry – żali się.

To były czasy, gdy Polonią rządził Józef Wojciechowski, kontrowersyjny deweloper i miliarder. Znany z tego, że lubił zwalniać trenerów po kilku meczach albo wtrącać się do ustalania składu i taktyki. Piechna wspomina jednego szkoleniowca, którego drużyna nazywała „papierowym tygrysem”.

- Przychodził do szatni, wyczytywał z kartki, kto gra, a kto na ławce i tyle. Figurant, bo skład i tak ustalali „na górze”. Spędził też pół roku w greckim trzecioligowcu AE Doxa Kranoula, niedaleko granicy z Albanią. – Fajne wakacje, ale porobili jakieś limity dla cudzoziemców i musiałem odejść – wspomina. Potem kopał już pół-amatorsko, w Opocznie czy Tomaszowie Mazowieckim. Coraz bardziej oddawał się zajęciu, o którym pod koniec tekstu.

Legitymuje się 100-procentową skutecznością w reprezentacji. Strzelił jedną bramkę w jedynym rozegranym meczu – towarzyskim z Estonią w 2005. Akurat w apogeum „Piechnomanii”. Selekcjonerem był w tamtym czasie, znany już skądinąd, Paweł Janas. 

- Dlaczego tylko tyle? - Nie dane mi było. - Wie pan, dotychczas każdy, kto zdobył króla strzelców w sezonie przed mistrzostwami, jechał na turniej. A mnie się nie udało. Widocznie nie pasowałem Janasowi do koncepcji.

Jak wiemy, nie on jeden został pominięty - na mundial w Niemczech w 2006 roku nie pojechali też m.in. najskuteczniejszy w eliminacjach Tomasz Frankowski czy najlepszy wówczas polski bramkarz Jerzy Dudek, bohater rozegranego rok wcześniej finału Ligi Mistrzów.

Zarabiają za dużo

Twierdzi, że wszystko, co przeżył w piłce, nauczyło go pokory, Jego zdaniem brakuje jej wielu piłkarzom. - Teraz są inne pieniądze, zawodnicy bardziej rozpieszczani. Za moich czasów trzeba było zasłużyć na nagrody. A teraz podpisuje się kontakt i tak ma być, należy się – żali się.

Słyszę, że nadepnąłem na odcisk. Rzucam nieco prowokacyjnie: - Teraz 20-latkowie potrafią zarabiać po 20-30 tysięcy złotych miesięcznie. - No, chciałbym w tamtych czasach zarabiać takie pieniądze – wzdycha. I dodaje: - Powinno się ustalić maksymalne stawki, nie windować zarobków.

Teraz 20-latkowie potrafią zarabiać po 20-30 tysięcy złotych miesięcznie

- Potem zawodnik łapie kontuzję lub przychodzi z urazem, a i tak kasa mu się należy. Albo okazuje się za słaby, trafia do rezerw, klub chce się go pozbyć, a on nie odejdzie, bo ma taki kontrakt, że mu się to opłaca. Bo wie, że nigdzie już takich pieniędzy nie dostanie. - Wie pan, to prywatny biznes. Jeśli kogoś na to stać… - Ale kluby tracą na takich zawodnikach! Trzeba go utrzymać, a nuż złapie kontuzję, a płacić mu dalej trzeba. Wyrzucanie pieniędzy w błoto. Jak ktoś płaci zawodnikom 150 tysięcy, miesięcznie, to nie wiem, jakiś oszołom chyba!

Typowy dzień? Wstaję o 6:30

Dziś Piechna ma dużo mniej wspólnego z futbolem. Owszem, raz w tygodniu gra w piłkę na miejscowym „orliku”. Większość czasu zajmuje mu jednak FHU Składy Opału Piechna – rodzinna firma zajmująca się handlem węglem.

- Jak wygląda pana typowy dzień? - Wstaję o 6:30. Idę do biura, które jest obok domu, palę żonie i szwagierce ogień, żeby miały ciepło w biurze. Potem, jak jest zlecenie, ładuję węgiel na samochód, rozwożę do klientów, rozładowuję towar. Czasem się z nimi rozliczam i biorę kwity dla dziewczyn, czasem kurs już zapłacony. - I tak cały czas? - Tak. Ja się żadnej pracy nie boję.

Grzegorz Piechna (z lewej), Radosław Majdan oraz Radosław Gilewicz w barach Polonii Warszawa, 2008 r.
fot. MARIUSZ GRZELAK/East News

Nie przeszkadza mu wczesne wstawanie. – Kiedyś też wstawałem, tyle że na treningi. Zresztą, jeszcze w trakcie kariery sportowej niejednokrotnie pomagał w interesie, ładując i transportując „czarne złoto”.

- Myślał pan o karierze trenerskiej? - Nie, na to trzeba mieć czas. Przygotować jakieś zadania, treningi. Cały dzień w robocie się tak naharuje, że potem mi się odechciewa. Pójdę sobie na saunę, pobiegać, w niedzielę na piłkę, takich przyjemności mi wystarczy.

Ale podaje jeszcze jeden powód. - Jest firma rodzinna, więc trochę nie wypada, żebym nie pomagał. Jakbym chciał być teraz trenerem, to byłaby taka trochę fanaberia. Że czuję się lepszy niż inni – podkreśla. - Pokora? - Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść.

- Ma pan poczucie, że wycisnął maksimum z kariery? – pytam. - Zacząłem grać w Ekstraklasie w wieku 28 lat. Jak się debiutuje w tym wieku, to żeby potem jeszcze pograć kilka lat na najwyższym poziomie, to jest osiągnięcie. Takich nie ma wielu.

- Warto było dążyć do pewnych celów. Żeby chociaż błysnąć w przez te pięć minut. Bo każdy ma swoje pięć minut. Czy żałuje, że urodził się za wcześnie? – Czasu nie da się cofnąć. Moim marzeniem było zagrać w reprezentacji. Zagrałem, strzeliłem bramkę, jestem z tego dumny, moja rodzina też.

- A gdyby pan mógł raz jeszcze, w wieku 18 lat, podjąć decyzję, poszedłby pan wtedy do Radomska? - Może byłbym wtedy innym człowiekiem. Może jakbym zobaczył więcej cyferek na kontrakcie, to dostałbym małpiego rozumu – śmieje się.

Rozmawiał Mikołaj Pietraszewski

Mikołaj Pietraszewski
Mikołaj Pietraszewski

Poznaniak, od kilku lat na emigracji w stolicy. Dziennikarz, specjalizujący się w wywiadach. Fanatyk piłki nożnej, filmów Stanleya Kubricka oraz muzyki post-punk i synthpop. W wolnych chwilach wsiada na rower lub pochłania literaturę faktu. Nade wszystko nienawidzi buraków i orzechowej wódki.

Kontakt: mikolaj.pietraszewski@eurozet.pl