Zamknij
UKS Huagan Wołomin
Podczas meczu UKS "Huragan" Wołomin
fot: Łukasz Rygało
KOSZYKARSKIE OKOLICE WARSZAWY

Po południu treningi, wieczorami mecze. “Huragan” pracuje non stop

Maciej Friedrich
Maciej Friedrich Redaktor Radia Zet
13.01.2022 13:25
13.01.2022 13:25

Jeśli mam w zespole zawodniczkę, którą znam od samego początku jej przygody z koszykówką, i na meczu łapie kontuzję, to mnie to niemal fizycznie boli. Serio - podkreśla Łukasz Rygało, kierownik zespołu seniorskiego UKS "Huragan" Wołomin. Opowiedział o tym, jak najlepsza drużyna w małym mieście pod Warszawą radzi sobie w sportowym świecie.

W czasach gimnazjum i liceum, czyli ponad dwie dekady temu, ciężko było znaleźć zafascynowanego sportem młodzieńca, w którego pokoju nie wisiał plakat koszykarskiej drużyny Chicago Bulls. Sam z kolegami oblegałem betonowe boisko, by przy muzyce z klasycznego „jamnika” rzucać do kosza i trenować z nadzieją, że kiedyś zostanę gwiazdą światowych boisk. Sławnym sportowcem nie zostałem, na strychu kurzy się puchar z międzyszkolnych rozgrywek, a ja doskakuję już nie do koszykarskiej tablicy, ale najwyżej żyrandola. Mimo to nadal cieszy mnie to, co dzieje się w moim mieście w kwestii koszykówki.

- Powiedziałam to dziewczynom na początku: zawsze kiedy wychodzicie na boisko macie przewagę nad rywalem – od razu, zaraz po wyjściu z szatni. Jaką? Taką, że u was każdy żyje w drużynie i widać, że jesteście rodziną. (…) Kolejna sprawa to kibice… Nigdy chyba nie grałam przy takim dopingu – zdradziła w rozmowie z Łukaszem Rygało zawodniczka UKS Wołomin Zuzanna Roszczyk.

Urodziłem się w Wołominie i tutaj, poza łącznie kilkuletnimi „epizodami”, na stałe mieszkam. Podwarszawskie miasto, które dopiero niedawno zaczęło kojarzyć się z czymś innym poza mafią i „sypialnią Warszawy”, zaliczało wizerunkowe wzloty i upadki. Na szczęście z roku na rok zyskuje coraz bardziej, a mieszkańcy mają powody, by chwalić się rodzinną miejscowością. Jednym z nich jest wołomińska koszykówka, która radzi sobie bardzo dobrze i pokazuje, że mieszkańcy „suburbi” stolicy nie mają powodów do wstydu i mogą z podniesionym czołem opowiadać o osiągnięciach lokalnych drużyn. Jednym z nich jest Uczniowski Klub Sportowy „Huragan” i jego zawodniczki. O sukcesach i działalności klubu porozmawiałem z Łukaszem Rygało – dziennikarzem, fotografem, grafikiem i „dobrym duchem” UKS-u.

Niektórzy chcą, by to się stało, niektórzy pragną, by to się stało. Inni natomiast sprawiają, by to się stało – Michael Jordan. 

Maciej Friedrich: Jakimi sukcesami mogą pochwalić się młode i nieco starsze adeptki koszykówki z UKS „Huragan” Wołomin? Na jakim poziomie rozgrywek grają?

Łukasz Rygało: Cała "młodzieżówka" gra po prostu we własnej lidze. Jest środek sezonu, wszystko się jeszcze może zdarzyć. Seniorki w poprzednim sezonie uzyskały awans do pierwszej ligi. Cieszymy się bardzo, bo mieliśmy w zespole tylko jedną zawodniczkę "z zewnątrz", reszta składu to wyłącznie wychowanki klubu.

Wychowanki Wołomina robią karierę daleko poza granicami naszego miasta, a nawet Polski. Możesz opowiedzieć o najdalszych sportowych „podróżach” naszych dziewczyn? Wspomina się nawet historie o karierze w Stanach Zjednoczonych.

Kariera w Stanach dotyczy chyba jednej wołominianki: Małgorzaty Dydek. Grała w lidze polskiej, francuskiej, hiszpańskiej, rosyjskiej i amerykańskiej (WNBA), była wielokrotną reprezentantką Polski, Mistrzynią Europy z 1999 roku i uczestniczką igrzysk olimpijskich w Sydney. Niestety zmarła w 2011 roku (Małgorzata Dydek występowała między innymi w drużynach Utah Starzz i Los Angeles Sparks. Jej imieniem zostało nazwane wołomińskie rondo, została także pośmiertnie przyjęta do Galerii Sław FIBA – przyp. red.). Poza nią kilka dziewcząt rzeczywiście grało w kosza "za wielką wodą", choćby złote medalistki Mistrzostw Polski juniorek z 2013 roku - Monika Radomska i Natalia Panufnik. „Nata” wróciła do Polski, pomogła nam w zeszłorocznym awansie i dziś jest filarem zespołu w pierwszej lidze. Oczywiście są też nieco bliższe podróże - Sylwia Bujniak gra od tego roku w niemieckiej Getyndze, po naszym zeszłorocznym awansie Klaudia Walkowska i Zuzanna Ciecierska dostały propozycję od AZS Uniwersytet Gdański i z niej skorzystały. 

Jak rozpoczęła się twoja przygoda z UKS? W Wołominie jesteś dobrze znany jako dziennikarz i fotograf, tak zaprzyjaźniłeś się z klubem?

Serio? Jestem dobrze znany? (śmiech). Rozpocząłem po prostu pracę w Ośrodku Sportu i Rekreacji w 2011 roku i dość szybko zaprzyjaźniłem się z klubem. Zawodniczki uczą się w pobliskiej szkole, od rana mają lekcje na naszej hali - a jest tego sporo, bo w klasach sportowych mają po 10 godzin WF-u w tygodniu, po południu treningi, wieczorami mecze, widywaliśmy się więc właściwie non-stop. Spora część zawodniczek to córki moich bliższych i dalszych znajomych, dawnych i obecnych sąsiadów, spotykaliśmy się więc na trybunach. Pasowała mi atmosfera, kultura kibicowania, zaangażowanie trenerów. Jakoś tak jestem skonstruowany, że fascynuje mnie proces rozwoju - wolałem zawsze uczestniczyć w próbach kapel niż w koncertach, w treningach niż w meczach, w próbach teatralnych niż w spektaklach. To bardzo pouczające doświadczenia. Zmajstrowałem im nowe logo, zacząłem prowadzić stronę internetową, potem fanpage i... wsiąkłem. Fajnie być trybikiem w maszynie, która dobrze działa.

Czym twoim zdaniem UKS Wołomin różni się od innych drużyn na tym samym poziomie? Być może mamy jakiś przepis na sukces.

Zapewne się nieco różnimy. Wydaje mi się, że w seniorskim graniu większość klubów bazuje na pozyskanych zawodniczkach, a nie na wychowankach. To zmienia relacje w drużynie, ale też wiąże kibiców, którzy znają dziewczyny od dziecka. To nie jest relacja kibic-klub, ale bardziej osobista, personalna. Może to dziwnie zabrzmi, ale jeśli mam w zespole zawodniczkę dwudziestoletnią, to znam ją od samego początku jej przygody z koszykówką, od jakiejś czwartej klasy podstawówki. Kiedy na meczu łapie kontuzję, to mnie to niemal fizycznie boli. Serio. 

Jaka jest zasługa miasta w działalności klubu? Uważasz, że to wyłącznie dzięki talentom zawodniczek, czy wpływ ma także odpowiednie wsparcie, a może raczej „nieprzeszkadzanie” ze strony włodarzy?

Oczywiście bez miasta tego klubu pewnie by nie było, podobnie jak większości innych małych klubów w Polsce, niezależnie od dyscypliny. Samo istnienie szkoły sportowej w Wołominie jest zależne od samorządu, do tego preferencyjne warunki korzystania z obiektów sportowych, środki przeznaczone w konkursach na rozgrywki młodzieżowe i tak dalej.

Wiele dobrego słyszałem o kulturze kibicowania. Czy wielbiciele pierwszoligowego sportu, który oglądamy choćby w telewizji, mogą się czegoś nauczyć od „naszych” kibiców? Same dziewczyny także mają respektować przeciwniczki.

Jeśli jedyne kibicowskie doświadczenia, jakie masz, to trybuny boisk piłkarskich, to po prostu zapraszam na mecz koszykówki czy siatkówki - zwłaszcza do Wołomina. Mamy stareńką, małą halę, gdzie trybuny znajdują się tuż przy boisku i łatwo dostać piłką. Oglądasz grę naprawdę z bliska, to ciekawe doświadczenie zarówno dla kibiców, jak i zawodniczek rywalizujących z nami klubów, często przyzwyczajonych do dużych przestrzeni. Samo kibicowanie też wygląda inaczej, chyba nie zdarzyło się, żeby zawodniczka przeciwnej drużyny usłyszała coś przykrego z trybun. Sędzia czasem usłyszy, fakt...

Podczas meczu UKS "Huragan" Wołomin
fot. Łukasz Rygało

Co takiego twoim zdaniem ma drużyna z Wołomina, czego brakuje rywalkom, a co decyduje o ich sukcesach?

W ciągu ostatnich lat mieliśmy jeden prawdziwy sukces - awans do pierwszej ligi. W mojej ocenie był to efekt składu złożonego z wychowanek i prowadzonego również przez wychowankę - Kamilę Wójcik. Dziewczyny znające się przez całe lata wspólnego grania są jak „dżemujący”, bluesowy zespół złożony ze starych przyjaciół: nie muszą być wirtuozami, żeby muza "żarła", żeby "bujało". Dobrze wiesz, o czym mówię...

Myślisz, że drużyna to dobry przykład na to, że mniejsze miejscowości mogą dawać przykład dużym miastom w prowadzeniu klubu i kulturze pracy nad zespołem? Raczej nie mamy się czego wstydzić.

To dobre pytanie! "Huragan" jest w tym miejscu, w którym jest dzięki konsekwencji. Dziewczyny grają u nas w basket od ponad czterdziestu lat, jest więc tradycja - niezły fundament do budowania czegoś większego. Nie mamy chyba przerostu ambicji - trenerzy pracują sumiennie z dziewczynami, skupiając się na ich rozwoju, a nie tylko na wynikach. To druga strona medalu, jakim jest brak dużego sponsora, który chyba często powoduje "parcie na wynik", nerwowe ruchy kadrowe w składzie i w sztabie. Pewnie gdyby nie bliskość Warszawy, to bylibyśmy w dużo lepszym położeniu, ale przecież miasta nie przesuniemy... 

Jakie plany na przyszłość? Czy któraś z dziewczyn wyfrunie na szerokie wody ogólnopolskiej koszykówki?

O plany musisz pytać prezesa, ja tylko odżywki mieszam i robię zdjęcia (śmiech). Mam nadzieję, że pomimo zlikwidowania klas sportowych w szkołach uda się utrzymać wystarczający poziom zainteresowania i naboru do czwartych klas szkoły sportowej. Bez szerokiego szkolenia wśród dzieciaków nie ma co marzyć o sporcie młodzieżowym na przyzwoitym poziomie, o seniorskim w ogóle nie ma co myśleć. 

Jak obecnie wygląda sytuacja klubu w rozgrywkach? Możemy liczyć na kolejne duże sukcesy?

W tym sezonie debiutujemy w pierwszej lidze, to wyzwanie organizacyjne i finansowe. Rozpoczynamy właśnie rundę rewanżową, zespół zgrywa się coraz lepiej, atmosfera jest dobra. Na razie sukcesami są zwycięstwa i dobre mecze, zaangażowanie kibiców i zawodniczek. Dla mnie jako kibica to już pełnia szczęścia!

Bardzo dziękuję za wywiad i życzę sukcesów!

Zdecydowanie podzielam dumę mojego rozmówcy i cieszę się, że mam powody do lokalnego patriotyzmu na polu sportowym. Patrząc na zawodniczki UKS „Huragan” Wołomin, aż chcę odkurzyć buty i znów złapać za piłkę. Czego sobie i wam, drodzy czytelnicy, życzę.

Baw się dobrze, korzystaj z życia. Życie jest zbyt krótkie, by się zniechęcać – Kobe Bryant.

Łukasz Rygało - kierownik zespołu seniorskiego UKS "Huragan" Wołomin, od dziesięciu lat związany z OSiR w Wołominie. Przez osiem lat współpracował z Miejskim Domem Kultury w Kobyłce, od kilkunastu lat prowadzi stronę o historii regionu Dawny.pl. Dziennikarz, grafik, fotograf, pasjonat fotografii z przełomu XIX i XX wieku.

Maciej Friedrich
Maciej Friedrich

Absolwent Polityki społecznej i Pedagogiki specjalnej na Uniwersytecie Warszawskim, który wyuczony zawód porzucił na rzecz innych pasji. Nadal jednak czerpie ze studenckiego doświadczenia. W pracy bacznie przygląda się działalności show-biznesu, po pracy rusza w trasę jako wokalista zespołu M.O.R.O.N. Wielbiciel literatury fantastycznej, nieoczywistego kina i leśnych wypraw. Najlepiej odpoczywa zaszyty w dziczy nad mazurskim jeziorem. Fan „Mistrza i Małgorzaty” pod każdą postacią.