Zamknij
Robert Kubica
Robert Kubica w czasie GP Abu Zabi 2020
fot: HOCH ZWEI/HochZwei/East News

Jak Polacy przespali swój moment w Formule 1

Maciej Walasek
Maciej Walasek Redaktor Radia Zet
14.04.2022 11:21

Myślę, że nie wykorzystano okoliczności. Pojawiła się potężna możliwość, która może nie zdarza się raz na pokolenie, ale na kilka dekad. Robert Kubica dokonał czegoś niewyobrażalnego, dostając się do Formuły 1. Jeżeli chodzi o wyścigi, to Polska na mapie motorsportu była absolutnym zerem, nie istniała - mówi dziennikarz Mikołaj Sokół, autor książki "Szybko, Szybciej, Najszybciej".

Maciej Walasek: Tytuł pana książki "Szybko, Szybciej, Najszybciej" to nawiązanie do samej Formuły 1, która cały czas przyspiesza?

Mikołaj Sokół, dziennikarz i komentator sportowy: Teoretycznie czasy uzyskiwane przez samochody Formuły 1 poprawiają się, ale jak zagłębimy się w historię F1, zobaczymy, że bolidy nie zawsze przyspieszały z roku na rok. To bardziej metafora mówiąca o tym, na czym polega ten sport. Niekoniecznie w odniesieniu się do samej historii, zgodnie z którą samochody powinny być coraz lepsze, ale do samej filozofii i podejścia ludzi, którzy istnieją w tym świecie i są zaangażowani w swojej pracy w F1.

Tak jak we wstępie do książki napisał Marcin Budkowski, były dyrektor Renault/Alpine, to jest sport, w którym mnóstwo ludzi pracuje na jedno: żeby być najlepszym. Co roku trwa pogoń za tym, żeby osiągi były coraz lepsze. Nawet w obrębie każdego sezonu samochody są poprawiane, a inżynierowie cały czas pracują i podpatrują rywali. Trwa nieustanna pogoń, aby może nie być najszybszym, ale najlepszym w danych okolicznościach. Sądzę, że ten tytuł oddaje filozofię i DNA wyścigów samochodowych, w których Formuła 1 jest najwyższym szczeblem wtajemniczenia.

Liczne historie, opisy wyścigów i ciekawostki - od początku zakładał Pan taką formę książki?

Trudno mi wskazać konkretny moment, kiedy w mojej głowie narodził się ten pomysł. Nie ukrywam, że ciężko było mi zagospodarować czas na pisanie książki, zwłaszcza że poza komentowaniem wyścigów Formuły 1 w Eleven Sports mam też sporo innych zajęć, więc to był długotrwały proces, ale dzięki temu po drodze w głowie rodziły się nowe pomysły.

W książce znajdziemy liczne ciekawostki, afery, dramaty, ale najważniejsze jest 18 wyścigów, które musiał pan wybrać spośród ponad 70 lat istnienia Formuły 1.

To było jedno z większych wyzwań. Forma jest o tyle ciekawa, że pozwala nam przejść przez całą bogatą historię Mistrzostw Świata Formuły 1, czyli od samego początku do czasów współczesnych z naturalnymi przystankami. Dzięki nim można zatrzymać się przy jakimś ważniejszym wydarzeniu, które jest pretekstem do tego, żeby zgłębić daną epokę i niuanse, które w tym momencie funkcjonowały. W tym czasie przedstawiani są kolejni bohaterowie, rozwiązania techniczne, afery i dramaty, czyli to z czego składa się ten wielowarstwowy świat F1.

Oprócz tego sam sobie wprowadziłem dodatkowe utrudnienie, aby opisać wyścigi na różnych torach, tak żeby obiekty w Monte Carlo czy na Monzy nie pojawiały się po kilka razy. Mimo wszystko w książce możemy znaleźć nieco więcej wyścigów znanych z czasów współczesnych. Jestem świadomy, że kibice bardziej pamiętają czasy, które sami śledzili na bieżąco, ale nie chciałem też uciekać od dawnych lat, od których rozpoczyna się ta historia. Mam nadzieję, że udało mi się wybrać takie momenty, które są dobrymi furtkami do tego, aby zapoznać się z przeszłością Formuły 1. To pozwoli przekonać się na własne oczy, że wiele rzeczy, które teraz funkcjonują w F1 m.in. kwestie poleceń zespołowych, czy tego, że nie zawsze kierowca odgrywa główną rolę, że one w tym sporcie działały od lat. Wcale tak nie jest, że współczesna epoka jest gorsza lub mniej atrakcyjna, niż te czasy, do których niektórzy wzdychają, mówiąc, że dawniej było lepiej.

Wspomniał pan o wyzwaniu w wyborze konkretnych wyścigów. Jak trudny był to wybór?

Na pewno nie było łatwo. Kłopot miałem z wybraniem rywalizacji Ayrtona Senny z Alainem Prostem. Sztandarowe wyścigi z ich konfliktów odbywały się w GP Japonii na torze Suzuka. Jednak Japonię wykorzystałem wcześniej w ramach opisywania walki Nikiego Laudy z Jamesem Huntem. Przy okazji Laudy można było wyciągnąć jego wypadek na niemieckim torze Nurburgring w 1976 roku, ale to miejsce chciałem poświęcić Juanowi Manuelowi Fangio, który w latach 50-tych pojechał na tym obiekcie najlepszy wyścig w swojej karierze. To był efekt domina w tych wyborach. W kilku miejscach trzeba było się troszkę nagimnastykować, żeby umieścić najważniejsze wątki z historii, ale jednocześnie sprawić, aby punktem wyjścia nie pozostały te same tory i wyścigi.

Woli pan komentować wyścigi na żywo czy bardziej analizować je w studiu?

Jedno i drugie zajęcie uwielbiam, bo są ciekawe i pełne wyzwań. Dla mnie to komfortowa sytuacja, bo niezależnie od tego czy komentuje wydarzenia na żywo, czy jestem w studiu, w którym towarzyszą bardziej spokojne emocje. Wtedy mam okazję dokładnie przyjrzeć się danej sytuacji, zagłębić w ten fragment i opowiedzieć o nim, nie reagując na to, co aktualnie dzieje się na torze. Jeżeli zestawimy jeszcze samo komentowanie i mówienie z pisaniem, to tutaj też nie ma dziedziny, która jest dla mnie wyraźnie ciekawsza i w której się lepiej czuje. To kwestia samej pasji - jeżeli coś jest związane z Formułą 1, to dla mnie jest to równo pasjonujące i przyjemne, dlatego czy będę o tym pisał, czy komentował dla telewizji jest obojętne.

Nie ma nic lepszego od pracy, która jest naszą pasją...

Tu też trzeba liczyć się z pułapkami. Czasami trudno się oderwać, ale należy się skupić, aby zachować właściwą równowagę pomiędzy pracą, która jest pasją a innymi aspektami życia, dlatego też trzeba się pilnować.

Czym by się pan zajmował, gdyby nie było na świecie Formuły 1?

Trudno jest mi odpowiedzieć na to pytanie, bo od kiedy pamiętam Formuła 1 zawsze była obecna w moim życiu. Nie chce mówić, że miałbym nudniejsze życie, ale nigdy nie rozważałem takiej ewentualności, że trzeba byłoby zająć się czymś innym. Uważam się za wielkiego szczęściarza, że nie muszę szukać innej pracy.

Formuła 1 to wielki biznes, za którym idą olbrzymie pieniądze, ale to również polityka. Po ataku Rosji na Ukrainę władze FIA usunęły z kalendarza nie tylko wyścig o GP Rosji, ale też rosyjskiego kierowcę Nikitę Mazepina.

W pełni popieram decyzję o nieściganiu się w Rosji i zakazania występów rosyjskim kierowcom. Według mnie nie ma tu podziału, że sport jest osobną kwestią, gdzie można mówić, że rosyjscy zawodnicy nie mają z tym nic wspólnego. Akurat ojciec Nikity Mazepina jest bardzo blisko związany z rosyjskim reżimem i tutaj nie ma żadnych wątpliwości, skąd brały się pieniądze, dzięki którym Mazepin mógł pojawić się w Formule 1. Dla mnie nie ma żadnych argumentów, że sport jest poza polityką. Oczywiście możemy to oddzielić, sportowcy dalej mogliby robić swoje, a wojnę byśmy potępiali. Jednak to jest ze sobą powiązane i rosyjscy sportowcy też muszą pogodzić się z tym, co wyprawia ich ojczyzna i ludzie, którzy rządzą ich krajem.

W pełni popieram decyzję o nieściganiu się w Rosji i zakazania występów rosyjskim kierowcom. Według mnie nie ma tu podziału, że sport jest osobną kwestią, gdzie można mówić, że rosyjscy zawodnicy nie mają z tym nic wspólnego

Tak samo jak niestety osoby mieszkające w Ukrainie, którzy nie mieli wpływu na to, że ich państwo zostało zaatakowane. Można mieć za złe FIA (Międzynarodowa Federacja Samochodowa - red.), że tak późno i mało zdecydowanie zareagowała na te wydarzenia. Wcześniej był nacisk ze strony kierowców i władz komercyjnych F1. W sumie do tej pory ta sprawa nie została jednoznacznie zamknięta w kwestii uczestniczenia w zawodach międzynarodowych na różnym szczeblu. Na przykład w kartingu zawodnicy z Rosji mogą startować pod innymi flagami - Andory, Włoch, czyli z krajów, w których mogą uzyskać licencję.

Sebastian Vettel i Władimir Putin na GP Rosji 2018
Sebastian Vettel i Władimir Putin na GP Rosji 2018
fot. HOCH ZWEI/HochZwei/East News

Jednak kilka tygodni później w czasie treningu w GP Arabii Saudyjskiej niedaleko toru miał miejsce atak rakietowy. Niektórzy kierowcy byli przeciwni rywalizacji, ale zmagania odbyły się zgodnie z planem.

Problem pojawił się już na samym początku, kiedy Formuła 1 i władze komercyjne wpadły na pomysł, aby w tym miejscu rozegrać wyścig. To dotyczy też kilku innych miejsc, w których mamy spore znaki zapytania, jeśli chodzi o przestrzeganie praw człowieka, szeroko pojętą wolność i swobodę obywatelską. Trudno jest tu nakreślić wyraźną granicę poniżej której nie akceptujemy ścigania się w danym państwie. Dla mnie osobiście Arabia Saudyjska jest poniżej tej kreski. Niekoniecznie tylko dlatego, że są tam ataki rakietowe, bo one też z czegoś wynikają. Ściganie się tam, organizowanie wydarzeń sportowych nie jest czymś, co powinno mieć miejsce, ale to się dzieje.

Poza F1 mamy tam wyścigi Formuły E, jeździ też Rajd Dakar, w którym też miał miejsce atak bombowy na jedną z załóg, co w mediach zostało przemilczane. Dlatego jadąc w takie miejsce, Formuła 1 od samego początku musi liczyć się z tym, że może dochodzić do takich rzeczy. W dniu ataku rakietowego w czasie konferencji prasowej dziennikarze pytali się kierowców, co czują, przyjeżdżając do Arabii Saudyjskiej, w której wykonuje się kary śmierci i łamane są prawa człowieka. Lewis Hamilton mówił, że nie mają wpływu na to, gdzie ściga się Formuła 1. Oni tylko przyjeżdżają i wykonują swoją pracę. Oczywiście można w tym czasie przekazywać pozytywne przesłanie, próbować zmienić zwyczaje. Jednak zezwolenie na dalszą rywalizację przez lokalne władze przy ich świadomości realnego niebezpieczeństwa było mocno nieodpowiedzialne. Wierzyłem we wszystkie kwestie związane z bezpieczeństwem, ale musimy wrócić do samego początku, że Formuły 1 w ogóle nie powinno tam być.

W dniu ataku rakietowego dziennikarze pytali się kierowców, co czują, przyjeżdżając do Arabii Saudyjskiej, w której wykonuje się kary śmierci i łamane są prawa człowieka. Lewis Hamilton mówił, że nie mają wpływu na to, gdzie ściga się Formuła 1

W swojej książce otwarcie przyznał pan, że poziom kartingu w Polsce jest bardzo niski. Porównując to do skoków narciarskich, po Adamie Małyszu cała dyscyplina zaczęła się rozwijać. Jednak pojawienie się Roberta Kubicy w F1 nic nie dało. Czy to oznacza, że Polska przespała moment, żeby zmienić całą sytuację?

Myślę, że nie wykorzystano okoliczności. Pojawiła się potężna możliwość, która może nie zdarza się raz na pokolenie, ale na kilka dekad. Robert Kubica dokonał czegoś niewyobrażalnego, dostając się do Formuły 1. Jeżeli chodzi o wyścigi, to Polska na mapie motorsportu była absolutnym zerem, nie istniała. W rajdach mamy ogromne sukcesy za sprawą Sobiesława Zasady, Mariana Bublewicza czy Krzysztofa Hołowczyca. Jednak patrząc na wyścigi, to mimo najszczerszych chęci w Polsce nie ma kultury ścigania. Jeżeli w kartingu chcemy coś osiągnąć, to chłopca czy dziewczynę trzeba jak najszybciej wysłać za granicę, żeby tam szlifowali swoje umiejętności. A jeżeli rodzice nie mają takich możliwości finansowych, to i tak nie ma żadnego programu wspierającego.

Oczywiście są takie próby, nie mówię, że ich nie ma. Jednak aby wychować kolejną gwiazdę, sytuacja pozostaje niezmienna i wciąż jest to bardzo trudne zadanie. Nie chcę tu umniejszać innym dyscyplinom sportu, ale dużo łatwiej jest wziąć piłkę i pokopać ją pod domem i ocenić czy taki 5-6-latek ma talent, a co innego obserwowanie dziecka, który ma dryg za kierownicą. Już na samym początku to ogromna inwestycja, a po drodze jeszcze wiele rzeczy może pójść nie tak, patrząc na rozwój dziecka jako sportowca. Wychowanie młodego kierowcy wyścigowego jest niezwykle ryzykowne. Dlatego w innych krajach, w których kultura wyścigowa jest rozwinięta, wygląda to zupełnie inaczej. Może ta okazja nie została zmarnowana, ale przegapiona i niewiele się zmieniło. Są oczywiście różne inicjatywy i nie jest tak, że karting w Polsce zupełnie "leży". Jednak aby cokolwiek w nim osiągnąć, niestety, ale trzeba jak najszybciej uciekać za granicę i tam zdobywać doświadczenie.

Robert Kubica dokonał czegoś niewyobrażalnego, dostając się do Formuły 1. Jeżeli chodzi o wyścigi, to Polska na mapie motorsportu była absolutnym zerem, nie istniała

W Polsce nie ma kultury ścigania, jak i samego rozumienia F1. Szczególnie pokazała to wiadomość, kiedy ogłoszono, że PKN Orlen wszedł do Formuły 1 jako sponsor Williamsa, a później dołączył do Alfy Romeo.

Sport to jedno, ale kwestie biznesowe to drugie. Mimo to te dwie rzeczy są ze sobą mocno złączone. Równie trudno jest tłumaczyć strategię wyścigową, jak samą obecność w Formule 1 i postrzeganie tego na całym świecie. Ludzie, którzy nie do końca to rozumieją nie są świadomi tego, co oferuje F1. Być może nie są świadomi skali tego widowiska. Pomijam fakt, że podczas pojedynczego weekendu Grand Prix potrafi przewinąć się ponad 400 tysięcy kibiców. Taką oglądalność na całym torze zmierzono w czasie tegorocznego GP Australii. Nie jest to jednak do końca miarodajny wskaźnik, bo jedna osoba, która pojawi się na trybunach w piątek, sobotę i niedzielę, liczona jest jako trzy osoby, ale to i tak pokazuje skalę zjawiska sportowego w danym kraju.

Jeśli na to nałożymy np. oglądalność telewizyjną na świecie czy w internecie to naprawdę to są imponujące liczby. Pod tym względem Formuła 1 ustępuje jedynie dwóm innym wydarzeniom: Igrzyskom Olimpijskim i Mistrzostwom Świata w piłce nożnej, czyli imprezom, które odbywają się raz na cztery lata. F1 jest sportem, który dociera do każdego zakątka świata. Może Polska nie jest niechlubnym wyjątkiem Formuły 1, ale na pewno jest w mniejszości, nie wpisując się w ogólnoświatowy trend. Jednak sama obecność danej marki, tak jak użyty już przykład Orlenu i sama jego obecność w tym sporcie, nawet jeśli chodzi o zespoły, które nie biją się o najwyższe cele, jest potężną dźwignią, co równa się rozpoznawaniem na całym świecie. Oczywiście to zależy od strategii danej firmy, jak ona to wykorzysta.

Dla przedsiębiorstw, które prowadzą interesy w wielu miejscach świata, kupując surowce, czy sprzedając swoje usługi lub towary, to nawet jeżeli są w stanie pokazać swoje logo choćby na lusterku czy przy podłodze, ale na samochodzie Formuły 1, to na społeczeństwach, które są wychowane w kulturze motoryzacji, motorsportu i rozumieją, jakie to jest narzędzie, to robi to na nich ogromne wrażenie. To niewymierna wartość, jak rozpoznawalność, popularność. To prestiż marki - jeżeli coś jest w F1, to siłą rzeczy musi pojawiać się w czymś renomowanym, niedostępnym. Obecność logotypu na samochodzie czy naklejki jest nobilitujące, dlatego nie ma żadnego powodu do wstydu. Ale, że to pochłania duże pieniądze, to niestety, ale taka jest cena rozpoznawalności i zaistnienia w świecie.

Robert Kubica w czasie treningu GP Hiszpanii 2021
Robert Kubica w czasie treningu GP Hiszpanii 2021
fot. Xavi Bonilla via www.imago-images.de/Imago Sport and News/East News

Sezon 2022 wniósł szereg zmian w Formule 1, a jednym z nich było wprowadzenie limitów budżetowych dla zespołów. Jak w skali od 1 do 10 oceni pan początek tegorocznych zmagań, gdzie 10 to najwyższa nota?

Na pewno blisko 10, tak 8,5 do 9. Przeżyłem już kilka zmian technologicznych w F1 i częściej niż rzadziej może nie kończyło się to rozczarowaniem, ale niespełnieniem tego, co było zakładane na początku. Zawsze oczekiwania obejmują kibiców i nie chodzi tu o ucinanie kosztów, lecz o walkę na torze, aby wyniki były zaskakujące. Ci którzy rozumieją na czym polega sukces w Formule 1, doceniają to czego w ostatnich latach dokonał Mercedes, bo utrzymywanie się na najwyższym poziomie nie jest wcale prostą sprawą. Robienie tego przez kilka sezonów z rzędu jest potwierdzeniem doskonałości bliskiej perfekcji. Jednocześnie rozumiem też tych, którzy poza ocieraniem się o perfekcję, chcieliby zobaczyć coś innego, rywalizację na torze dwóch, trzech, bądź nawet większej liczby zespołów, co w tym momencie otrzymaliśmy.

W tym sezonie dostaliśmy pakiet 2 w 1, gdzie w pierwszej kolejności mamy walkę w czołówce oraz w środku stawki. Drugim aspektem jest wywrócenie się układu sił. Oczywiście nie absolutnie, bo Mercedes pozostał w czołówce, ale teraz nie jest pierwszą, a trzecią siłą. Ludzie jadąc na wyścig już nie zastawiają się czy znów wygra Lewis Hamilton, bo teraz tego nie wiemy. Jest walka na torze, kierowcy mogą jechać blisko siebie i opony bardzo się nie zużywają. To duży plus, że to wypaliło. Jednak nie wiemy, w jaką stronę to pójdzie w dalszej części tego sezonu. Kiedy zespoły bardziej poznają swoje samochody i wprowadzą poprawki, stawka może się rozjechać, ale na razie cieszmy się tym co mamy.

Skoro sezon 2022 jest bliski ideału, to co by pan do niego dodał lub odjął z przepisów, żeby ta F1 była jeszcze bardziej emocjonująca? Może powrót tankowania, które zniknęło po zakończeniu sezonu 2009?

Rozumiem tęsknotę za tamtymi czasami, kiedy obwiązywało tankowanie podczas wyścigów. Jednak wtedy nie mieliśmy takiego zróżnicowania strategicznego. Jeśli strategia opierała się wyłącznie na taktyce zużycia opon, to w większym stopniu można było nimi zarządzać. To kolejne słowo klucz, którego nie lubią kibice F1, ale niestety to nieodłączna część tego sportu. Jeżeli chcemy zjechać wcześniej do alei serwisowej, to oczywiście możemy to zrobić, ale w przypadku zadbania o żywotność opon, możemy ten przejazd wydłużyć, jadąc odpowiednim tempem przez kilka okrążeń. A co do strategii paliwowej i "grania" na paliwie, to ok - możemy zjechać trochę wcześniej, ale później to już tak za bardzo się nie da. Mamy odgórnie ograniczoną strategię i wiemy, że osiągnie się pewien moment, powyżej którego na pewno dłużej nie pojedziemy.

Książka Mikołaja Sokoła o Formule 1
fot. mat. prasowe/Wydawnictwo SQN

Dlatego panowało coś w stylu rozleniwienia strategicznego, bo zespoły posiadały wyliczenia i wiedziały, kto ma mniej więcej paliwa, więc nie miały co się szarpać i atakować, bo w dłuższym rozrachunku mieli lepszą strategię i woleli czekać, aż ta strategia im zagra. Za tym szczególnie nie tęsknię i nie martwi mnie, że tego tankowania już nie ma. A jeżeli czegoś mi brakuje, to bardziej z kategorii efektu końcowego, aby ta walka jeszcze bardziej się zacieśniła. Żeby nie było tak, że w walce o zwycięstwo walczą tylko Ferrari, Red Bull, czy Mercedes, ale faktycznie 5-6 zespołów rywalizowało o wygraną. Ale jak popatrzymy sobie na historię Formuły 1 to chyba nigdy nie było takiego okresu, żeby rzeczywiście więcej niż tylko 3 zespoły mogły liczyć się w walce o pierwsze miejsce. Ale tak jest w każdym sporcie: w piłce nożnej, czy w skokach mamy tych, którzy walczą o triumf, inni są w środku stawki i na końcu są maruderzy. Mimo to początek tego sezonu pokazał, że wszystko poszło w dobrą stronę i mamy fajnie zapowiadające się zmagania.

Mikołaj Sokół – dziennikarz, reporter i komentator Formuły 1 w Eleven Sports. Wyścigami zajmuje się od ponad 20 lat. Na torze oglądał prawie 200 wyścigów Grand Prix. Publicysta artykułów w miesięczniku GP Racing, dziennika Rzeczpospolita. Autor bloga Sokolim Okiem.

Maciej Walasek
Maciej Walasek

Absolwent dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Łódzkim. Sportem pasjonuje się od dziecka. Od lat śledzący wydarzenia ze świata piłki nożnej, siatkówki, Formuły 1 i skoków narciarskich. Gdy tylko ma okazję, dzieli się sportowymi wydarzeniami z każdym, kogo napotka na swojej drodze. Uparcie wierzy w sukces polskich piłkarzy na mundialu i tytuł mistrza świata F1 dla Roberta Kubicy. Kiedy okazało się, że na karierę sportowca jest już za późno, postanowił, że zamiast medali, będzie dostarczał kibicom samych dobrych wiadomości o sukcesach polskich zawodników na sport.radiozet.pl.

Prywatnie miłośnik aktywnego spędzania wolnego czasu, podróży i dobrej muzyki.

Twitter: @maciej_walasek

E-mail: maciej.walasek@radiozet.pl