Adam Małysz zdradza, jak świętowali skoczkowie

05.03.2017 15:22

- Świętowanie było skromne. Nie szykowaliśmy wielkiej fety, by nie zapeszać - powiedział Adam Małysz, dyrektor PZN ds. skoków i dwuboju, który w sobotę z młodszymi kolegami cieszył się z ich złotego medalu narciarskich mistrzostw świata w konkursie drużynowym.

Złota drużyna

fot. PAP/EPA

Chcesz być na bieżąco? Śledź Radio ZET - SPORT na Facebooku

Późno położył się pan spać?

Nawet nie, jakoś przed trzecią. Świętowanie było skromne. Po ceremonii medalowej na kolację zaprosili nas Austriacy. Pojechaliśmy tam, ale było tyle ludzi, że nawet nie było co zjeść. Wróciliśmy więc do siebie, zamówiliśmy pizzę i tyle. Jeszcze raz na spokojnie skoki obejrzeliśmy. Nie szykowaliśmy się w Lahti na wielką fetę, by nie zapeszać.

Na większą imprezę przyjdzie czas po finale Pucharu Świata w Planicy?

Pewnie tak. Zawodnicy mają jeszcze przed sobą końcówkę sezonu i byłoby dobrze, żeby utrzymali koncentrację. Bardzo chcielibyśmy zwieńczyć sezon Kryształową Kulą dla Kamila Stocha.

16 lat temu pan świętował w Lahti swoje pierwsze sukcesy w mistrzostwach świata. Czy tamtą radość można jakoś porównać z obecną?

Same wspomnienia z Lahti szybko odżyły, jak tylko tu przyjechałem. Rolę mam teraz jednak inną i szczerze mówiąc, uważam, że gorszą. Kiedy jesteś zawodnikiem, wszystko zależy od ciebie. Natomiast w sobotę stałem na dole, czekałem na chłopaków i byłem bezsilny. Nie miałem żadnej możliwości, żeby im pomóc. Denerwowałem się strasznie. Końcową radość natomiast trudno porównać. Po prostu znów jest wielka.

Mówi pan, że w trakcie konkursu się denerwował, ale przebiegał on po waszej myśli...

Owszem, szło po naszej myśli, jednak nie zgadzam się z opiniami, że wyjątkowo szybko stało się jasne, że to my wygramy. Przewagę mieliśmy, chwilami wynosiła ponad 20 punktów, ale po następnym skoku potrafiła zmaleć do siedmiu. W skokach narciarskich nic nie jest pewne, szczególnie, gdy zaczyna psuć się pogoda, a w drugiej serii wiatr trochę przeszkadzał. Skoki niesamowite, jak Norwega Johanna Andre Forfanga, który ustanowił rekord obiektu, zaczęły przeplatać się ze słabymi, jak Niemca Stephana Leyhe. To pokazuje, że jak zabraknie ci szczęścia, to może być po tobie.

Jak sukces przyjął trener Stefan Horngacher? Wydaje się być bardzo powściągliwy w okazywaniu emocji...

Naprawdę było po nim widać wielką radość. On też tymi mistrzostwami bardzo się stresował. Jest człowiekiem, który emocje stara się trzymać na wodzy, wiele rzeczy skrywa, ale później zaczęło go "puszczać". Cieszył się i sam przyznał, że przed zawodami był zdenerwowany.

Prezes PZN Apoloniusz Tajner mówił, że zwykle w drugim sezonie pracy trenera pojawiają się największe efekty. Skoro teraz jest tytuł mistrzów świata, a Kamil Stoch wygrał Turniej Czterech Skoczni i może zdobyć Puchar Świata, to co będzie za rok?

Zawsze może być lepiej i będziemy musieli wytężyć pracę, aby zrobić postęp. Kolejny sezon będzie jednak trudny. Po pierwsze, gdy już jesteś na takim poziomie, to o poprawę jest ciężej, a po drugie przyciągasz uwagę rywali. Wszyscy patrzą ci na ręce, starają się dociec, co jest tajemnicą sukcesu i sami też spisują się lepiej.

Mimo tak wielkiego sukcesu, motywacja i mobilizacja nie powinny stanowić problemu, bo przed nami igrzyska olimpijskie w Pjongczangu...

To prawda, ale w związku z igrzyskami do kosmicznych rozmiarów urośnie pewnie też presja. Pojawią się medalowe oczekiwania, a rzeczywistość jest taka, że możesz się idealnie przygotowywać, robić przez rok wszystko, jak należy, a sukces się nie pojawi. W Lahti medale nam "rozdawano" już przed konkursami indywidualnymi, a w sumie skończyło się niespodziewanie, bo brązem Piotra Żyły, a nie miejscem na podium Kamila Stocha czy Maćka Kota. Jak chyba każdy sportowiec, bardzo nie lubię mówienia o medalach przed zawodami.

RadioZET.pl/PAP/DG