Juras szczerze o wypadku: Jakbym wiedział, że kierowca jest na bani, skatowałbym go na miejscu

12.06.2017 09:00

Łukasz "Juras" Jurkowski na swoim blogu "Łączy nas pasja" odniósł się do wypadku, po którym On i jego narzeczona Marta trafili do szpitala. Zawodnik MMA postanowił tym samym uciąć wszelkie domysły na temat tego zdarzenia.

Juras

fot. KSW/Sebastain Rudnicki

Chcesz być na bieżąco? Śledź Radio ZET - SPORT na Facebooku

Do wypadku doszło w miniony czwartek na ulicy Toruńskiej w Warszawie. "Juras" wraz ze swoją narzeczoną wybrali się do Marcina "Różala" Różalskiemu, któremu mieli przekazać pieniądze na cele charytatywne. Niestety do niego nie dotarli, gdyż zderzyli się z autem dostawczym, za kierownicą którego siedział pijany kierowca.

Po wypadku niektórzy próbowali sugerować, że Jurkowski z pewnością nie jechał przepisowo i to on jest współwinnym całego zajścia. Zawodnik MMA postanowił uciąć wszelkie podejrzenia i na blogu dość szczegółowo opisał przebieg zdarzenia.

Jechaliśmy 70-80 km/h

- Jechaliśmy lewym pasem dwupasmowej jezdni, ok. 70-80 km/h (wbrew internetowym mądralom nie 170), kiedy to dostawczak postanowił nagle zmienić sobie pas na ten, którym jechaliśmy My. Bez kierunkowskazów, bez spojrzenia w lusterko, gdyż, aby być bardziej widoczny na drodze, jeżdżę konsekwentnie na „długich” - napisał "Juras".

- Nagła zmiana pasów przez „dostawczaka” i natychmiastowy hamulec! Po co? Nie wiem. Był tłok na ulicy o tej godzinie, ale nie aż taki. Do najbliższego auta przed nim było naprawdę sporo, ale jak się później okazało przeładowane auto musiało przecież hamować wcześniej, a nerwowość w ciśnięciu pedału hamulca w ziemie wynikała z tego, że kierowca… tfu! ten pier****** śmieć za kółkiem, był pijany. Nawet nie zdążyłem zareagować naciśnięciem hamulca, a refleks mam naprawdę dobry… - opisywał Jurkowski.

Marta jęczała z bólu i przerażenia

W wypadku znacznie bardziej ucierpiała narzeczona fightera, którą teraz czeka kilkutygodniowa rehabilitacja. Na szczęście, może ruszać kończynami. Marta przeleciała przez Jurkowskiego i z dużej wysokości spadła na ziemię.

- Ułamek sekundy, huk i cisza…. Pierwsza rzecz, o której myślisz, to żyję. Rozglądam się i szukam mojej dziewczyny. Leży na asfalcie i jęczy z bólu i przerażenia. Nie wiesz, co robić, bo adrenalina rozsadza ci głowę. Głowę, która przed chwilą przypieprzyła w ścianę - czytamy na blogu.

Szczęście w nieszczęściu, że samochód przykryty był plandeką, która nieco zamortyzowała uderzenie: - W innym wypadku byłoby już po wszystkim... - napisał.

- Po sprawdzeniu mojej dziewczyny, pierwsza myśl - zabiję gościa. Mało tego? J***** próbował odjechać. Wiedział, że jest „trafiony”, ale moimi środkami przekonałem go, że ma natychmiast wysiadać. Szczerze? Jakbym wiedział od początku, że jest na bani, to skatowałbym go na miejscu. Mówię to z pełną odpowiedzialnością. Miałem ochotę urwać sk********** łeb, ale ważniejsza była dla mnie moja Marta leżąca tam na asfalcie. Nie ma nic gorszego dla faceta, jak widok cierpiącej bliskiej osoby - zakończył Jurkowski.

Oboje trafili do Szpitala Bielańskiego, gdzie dochodzą do siebie.

RadioZET.pl/Łączy nas pasja/KS