Ultramaratończyk z Łodzi pokonał 1,6 tys. km, by wesprzeć schroniska

08.03.2017 16:57

Michał Kiełbasiński, ultramaratończyk z Łodzi, pokonał 1,6 tys. km, biegnąc samotnie przez Jukon i Alaskę w temperaturze dochodzącej do minus 45 stopni Celsjusza. Celem jego wyprawy RunDOG było zebranie pieniędzy dla psów z polskich schronisk.

Michał Kiełbasiński

fot. Facebook/RunDog Michał Kiełbasiński

Chcesz być na bieżąco? Śledź Radio ZET - SPORT na Facebooku

Ekstremalny wyczyn Kiełbasiński rozpoczął w Whitehorse na Jukonie, skąd wystartował 31 stycznia. Biegł trasą najtrudniejszego na świecie wyścigu psich zaprzęgów Yukon Quest, w którym rywalizują najlepsi maszerzy i psy; jest to też historyczny szlak poszukiwaczy złota z przełomu XIX i XX wieku.

Ultramaratończyk biegł przez góry, zamarznięte rzeki i jeziora, na mrozie dochodzącym do minus 45 stopni Celsjusza. Sanki, które ciągnął za sobą, rozpadły się 16 mil przed metą. 4 marca, po przebyciu tysiąca mil, czyli 1,6 tys. km, dotarł do celu, czyli do Fairbanks na Alasce.

- Było ciężko i trudno. To była wielka przygoda; taka, którą można przeżyć tylko raz w życiu. Jestem szczęśliwy, że ją ukończyłem, ale jednocześnie jest mi smutno, że to już koniec - mówił Kiełbasiński w filmie opublikowanym na Facebooku, gdzie kibicujące mu osoby mogły obserwować kolejne etapy jego zmagań.

Celem wyprawy ultramaratończyka było zebranie pieniędzy dla psów z polskich schronisk. Przed wyprawą prosił, by każda z kibicujących mu osób zadeklarowała wpłatę choćby 1 grosza za każdy przebiegnięty przez niego kilometr. Specjalne subkonto na ten cel utworzyła Fundacja Przyjaciele Braci Mniejszych.

- Pies pracuje dla człowieka od setek lat - pilnuje jego dobytku, jest przewodnikiem, biega w zaprzęgach. Uważam, że nadszedł czas, by w symboliczny sposób powiedzieć tym zwierzakom "dziękuję" - wyjaśniał w wywiadzie dla PAP przeprowadzonym przed wyprawą.

Dwa lata temu Michał Kiełbasiński wziął udział w najtrudniejszym ultramaratonie świata Yukon Arctic Ultra na Jukonie na trasie 430 mil (700 km) z Whitehorse do Dawson City. Nie ukończył go, bo po przebiegnięciu 150 km doznał ciężkich odmrożeń palców rąk i nóg - jak sam mówi, nie stracił ich tylko dzięki profesjonalizmowi lekarzy ze szpitala w Whitehorse.

Po tej przygodzie postanowił, że wróci na Jukon i dokończy przerwany bieg, jednocześnie podnosząc poprzeczkę jeszcze wyżej - zdecydował, że zamiast 430 mil, przebiegnie 1000 mil, w dodatku nie w zorganizowanym wyścigu, tylko w samotnym biegu, licząc jedynie na siebie.

Kiełbasiński od 2001 roku startuje w adventure racing - ma na koncie biegi od 100 km do 700 km. Jak podkreślił w rozmowie z PAP, przez ostatnie pięć lat brał udział w najdłuższych biegach górskich i ekspedycyjnych biegach ultra. Biegacz zmaga się w nich nie tylko z długim dystansem, lecz także z trudnością trasy, na której są do pokonania m.in. przewyższenia po 10 tys. metrów pod górę i w dół.

Bieg trasą Yukon Quest został ukończony, ale to jeszcze nie koniec wyprawy ultramaratończyka z Łodzi - po odpoczynku w Fairbanks ma zamiar wrócić do Whitehorse autostopem. Do Polski powróci pod koniec marca.

RadioZET.pl/PAP/AN